Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konferencja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konferencja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2013

Biofuzje

Jakiś czas temu pisałem, że zastanawiamy się nad wyjazdem do Warszawy, teraz, dobre trzy dni po powrocie (nie ma to jak zabójcze tempo) mam czas, żeby opisać, jak minął nam pobyt w stolicy.
Ze Szczecina wyruszyliśmy w nieco rozszerzonym składzie, ze znajomymi z roku wspierającymi nas duchowo. Warszawa przywitała nas ulewą i krajobrazem przypominającym, że zacytuję koleżankę "trochę większy Szczecin, niestety bardziej Pomorzany" (motyw zresztą rozwinął się później, gdy okazało się, że w okolicy akademika mamy obiekty przypominające pętlę Basen Górniczy i targowisko na Turzynie). Znaleźliśmy akademik, zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy poprzez korki na Wydział Biologii UW, gdzie zarejestrowaliśmy się, odebraliśmy materiały konferencyjne (tu padł niechlubny rekord - książka abstraktów rozleciała mi się po jakichś 5 minutach -z rozmów z organizatorami dowiedziałem się, że nastąpiły pewne nieporozumienia z funduszami i drukarnią, ale w przyszłym roku na pewno to poprawią) i wysłuchaliśmy bardzo ciekawego wykładu prof. dr hab. Jacka Malejczyka na temat Medycyna regeneracyjna i odtwórcza: nasza recepta na nieśmiertelność? Wywiązała się dość ciekawa dyskusja (miałem generalnie wrażenie, że to pierwsza konferencja, gdzie publiczność nie bała się zadawać pytań; również poziom zadawanych pytań był dość wysoki, ale o tym później), a powitanie zakończyliśmy wspólnym zjedzeniem tortu - niech żyją sponsorzy!! Swoją drogą dosyć znani sponsorzy "zaopiekowali" się konferencją - na stronce można zobaczyć jacy. ;)

Następnego dnia dotarliśmy dopiero na sesję posterową i drugą część sesji immunologicznej. Co prawda sami nigdy się w plakaty nie bawiliśmy, jednak na podstawie tego co widziałem, dobra rada: najlepszą strategią jest stać gdzieś w okolicach swojego plakatu, odpowiadać na pytania i rozmawiać z oglądającymi. Wyniki zresztą potwierdziły moje spostrzeżenia, spośród zwycięzców słabo kojarzę tylko miejsce trzecie.

Jak już mówiłem, dotarliśmy dopiero na drugą część sesji immunologicznej, ale mieliśmy przyjemność trafić na dwie świetne prezentacje, na temat alergenności białek obronnych roślin przyprawowych (świetnie zaprojektowane doświadczenie, przedstawione w jasny sposób - zresztą praca ta zdobyła ostatecznie drugie miejsce oraz nagrodę publiczności, nawet pomimo faktu, że pietruszka nie chciała współpracować), a druga na temat opatrunków pochodzenia naturalnego (w rolach głównych m.in. azjatycki miód oraz larwy much). Posiedzieliśmy też na wykładach gościnnych (swoją drogą: ilość zaproszonych gości przebiła chyba wszystkie konferencje na których dotychczas byliśmy) i sesji nowotworzenia (pierwsza prezentacja podobała mi się najbardziej - Wpływ działania prokainamidu na ekspresję genów związanych z procesem apoptozy oraz autofagii w komórkach linii T98G (glejak wielopostaciowy) po wyciszeniu genów AKT3 lub PIK3CA - Adama Pudełko), po czym udaliśmy się do domu (pogoda wciąż była niepewna) by, w ramach odstresowania, sprawdzić empirycznie poziom enzymu o numerze katalogowym EC 1.1.1.1 (w granicach rozsądku oczywiście).

Niedziela była ostatnim dniem konferencji, z naszego punktu widzenia najważniejszym - o 9 rano wykładem dr Iwony Grabowskiej zaczęła się sesja komórek macierzystych. Mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że gdyby przyznawali nagrody za najdłuższy temat pracy, bilibyśmy się z dziewczyną, która prezentowała przed nami o pierwsze miejsce. Ag jak zwykle zaprezentowała świetnie, w końcu też załapaliśmy się na prawdziwie konstruktywną dyskusję - nie pytano nas o patomechanizm choroby Alzheimera (jak to określił nasz profesor, pełna odpowiedź na to pytanie dałaby nam nagrodę Nobla) ani o liczbę próbek (autor obiecuje od tego momentu więcej nie czepiać się Krakowa, w miarę oczywiście skromnych możliwości samokontroli). Zadano nam pytania o to co zrobiliśmy i czy myśleliśmy nad innymi możliwościami zbadania naszych komórek (kilka sugestii sobie zresztą zapisaliśmy, mogą się przydać na przyszłość). Po naszej sesji odbyła się jeszcze ostatnia część, poświęcona genetyce medycznej - dwie szczególnie ciekawe prace z tego działu opowiadały o identyfikacji SNP-ów in silico (bioinformatykę bardzo sobie cenię) oraz o PNA (choć wg. rozkładu miała być o antysensach, przypadkowe fluktuacje kontinuum czasoprzestrzennego sprawiły jednak inaczej i tym sposobem dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak PNA). Konferencja zakończyła się wykładem dr hab. Krystiana Jażdżewskiego na temat diagnostyki nowotworów opartej o microRNA (jak powiedział, aby skrócić prezentację, usunął z niej slajdy, których nie zrozumiała jego córka - pogratulować córki w takim razie, ja w jej wieku nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak miRNA*; w każdym razie wykładu słuchało się bardzo fajnie). Po wykładzie nastąpiła przerwa na zrobienie zdjęć (korzystając z chwili dobrej pogody), po czym ogłoszono wyniki.

Większość wyników zdaje się, zaspoilerowałem w tekście, dodam jednak (jakże skromnie), że zajęliśmy pierwsze miejsce w kategorii "Najlepsza prezentacja ustna".

Na koniec chciałbym jeszcze pogratulować organizatorom I Konferencji Biologii Medycznej "Biofuzje" czyli Studenckiemu Kołu Naukowemu Biologii Medycznej "Antidotum" oraz Wydziałowi Biologii UW - pomimo, że była to pierwsza konferencja, stała ona na bardzo wysokim poziomie (zarówno jeśli chodzi o prezentacje, jak i, co dla niektórych ważniejsze, catering), a także była świetnie zorganizowana (czego nie można powiedzieć o niektórych większych imprezach, ale miałem się już nie czepiać). Mam nadzieję, że spotkamy się, w jeszcze szerszym gronie, w przyszłym roku na konferencji nr 2. Jak to mówią po amerykańsku: keep up the good work guys, and see you later ;)

Więcej szczegółów na stronie konferencji www.biofuzje.pl i na ich stronie na fb. :)
Ma.

A do domu wróciliśmy tym razem bez przygód - jeśli nie liczyć zakochanego kelnera który nie mógł uwierzyć w wiek naszych koleżanek (komórki macierzyste odmładzają, hehe) i grania w makao wieczorową porą w McDonaldzie na Dworcu Centralnym.


* Inna sprawa, że kiedy ja miałem 12 lat, miRNA było jeszcze dość świeżym, bo zaledwie dziewięcioletnim odkryciem.




Swoją drogą - bardzo ciekawy projekt logo i całej oprawy graficznej biofuzji!! :) Autor powinien gdzieś się do nich przyznać, żeby można mu było pogratulować. :D
Ag.

czwartek, 25 kwietnia 2013

TriBioLife w Krakowie

Jakimś cudem wróciliśmy i zdołaliśmy się ogarnąć, więc here it is, relacja z International Medical Students' Conference:

Do Krakowa dotarliśmy bez większych przygód, za to z tradycyjnymi nocnymi rozmowami o życiu i śmierci (w pociągu każdy jest filozofem) i porannym syndromem Maleńczuka ("nie mogę leżeć, a nie mogę wstać"). Udało nam się mimo to nie zajechać do Przemyśla, znaleźć nasz hostel (całkiem przyjemne miejsce swoją drogą) i, po doprowadzeniu się do stanu używalności, wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu CM UJ (spory, nowoczesny budynek w sąsiedztwie prosektorium, więc podobnie jak u nas można sobie popatrzeć na lepszą przyszłość). Na miejscu odebraliśmy tradycyjny zestaw startowy (torba, identyfikator, smycz, długopis, teczka, notes, książka abstraktów, Ag liczyła na kubek, ale kubka nie było) i posiedzieliśmy trochę na sesji farmakologii - prezentacje w lengłydżu, dyskusja, z powodu braku obcokrajowców w tej sesji, po polsku. Przyzwyczajeni po Szczecinie do dość brawurowych (to chyba najlepsze słowo) dyskusji nieco się rozczarowaliśmy - do niektórych uczestników komisja nie miała żadnych pytań, ale uznaliśmy, że to pierwszy dzień konferencji i wszystko jeszcze się rozkręci.

Wracając, przeszliśmy się po rynku (po raz pierwszy), po czym nadszedł czas na ostatnie próby, które wypadły pomyślnie - powiedziałbym, że patrzyliśmy w przyszłość z optymizmem, ale ponieważ zasadniczo wszyscy widzimy szklankę ani nie do końca pełną ani też nie do końca pustą, patrzyliśmy w przyszłość z poczuciem, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, a reszta nie zależy od nas.

Nasza sesja (Neurologii i neurochirurgii) nie była może aż tak eklektyczna jak sesja nauk przedklinicznych w Szczecinie, ale i tak wybór tematów był od neurotrofinowego Sasa do bioinformatycznego Lasa, z przewagą tematów anatomiczno-chirurgicznych. Spora reprezentacja Białorusinów ze State University of Grodno sprawiła, że zarówno prezentacje jak i dyskusja prowadzone były w języku Szekspira.

Tu chciałbym pochwalić koleżankę prezentującą naszą pracę - zrobiła naprawdę dobrą robotę, wszystko zagrało na 100%, co było tym trudniejsze, że otwieraliśmy sesję. Natomiast dyskusja... to my tu, po tym jak w Szczecinie zarzucili nam, że tłumaczymy mechanizm Alzheimera na chłopski rozum, wykuwamy się z wszelkich chorób neurodegeneracyjnych, a dostajemy jedno pytanie, i to od publiczności? I to z najprostszych, o liczbę prób. A na koniec sesji komisja mówi, że jako klinicyści nie wszystkie prace zrozumieli (w sumie podejrzewam, że bariera językowa też grała tu rolę - podobno na sesji Forensic Medicine, po upewnieniu się, że na sali nie ma obcokrajowców, prezentujący przeszli na polski), a my polegliśmy (choć nie z kretesem).

Zrobiwszy swoje na konferencji, postanowiliśmy przejść się w sobotę na reklamowaną obecnie w Krakowie The Human Body Exhibition, wbrew pozorom niezwiązaną z Guntherem von Hagensem (studentom medycyny którzy odpowiadają na pytania odwiedzających nie wolno wspominać jego nazwiska - Voldemort jakiś?) Przy okazji dowiedzieliśmy się w końcu, neurolodzy prawdziwi, gdzie właściwie kończy się rdzeń kręgowy (nie tam, gdzie myślicie), jak wygląda płód czy ile naczyń krwionośnych jest w płucach:

Wstęp na wystawę kosztuje 50 zł, ale zobaczyć warto. Potem poszliśmy jeszcze do Muzeum Lotnictwa, gdzie niektórzy odkryli w sobie fetysz silników lotniczych (ze szczególnym uwzględnieniem rzędowych jednostek Maybacha), niektórzy zapragnęli mieć własnego MiG-a 29/Sopwitha Camela, a wszystkich przewiało, co jest zapewne jedną z przyczyn naszego obecnego stanu. Niedzielę spędziliśmy z kolei w okolicach Wawelu, odwiedziwszy Piłsudskiego i jego sąsiadów z krypty, polując na smoka wawelskiego, podziwiając widoki i wysyłając kartki do krewnych i znajomych.
Po wielu wrażeniach liczyliśmy na w miarę spokojny powrót, jednak, oczywiście, bez przygód się nie obeszło. W okolicach Opoczna trafiliśmy na samobójcę, oczywiście pociąg zatrzymany, czekamy aż policja złoży wszystko do kupy, w perspektywie mając spóźnienie się na przesiadkę i survival na Centralnym w Warszawie do 5:27. Na szczęście zostaliśmy przesadzeni w inny pociąg do stolicy, wprawdzie spędziliśmy tę część podróży na korytarzu, ale zawsze w ruchu, wylądowaliśmy na dworcu Warszawa Zachodnia - przesiadka Warszawa - Szczecin została opóźniona (początkowo o 50 minut) by poczekać na nas i inne opóźnione pociągi. Rozbiliśmy początkowo obóz w poczekalni, wyszliśmy jednak na peron, strollowani komunikatem, że nasz pociąg wjeżdża na dworzec. W międzyczasie opóźnienie uległo zmianie do 70 a potem do 90 minut, kilkakrotnie z rzędu zapowiedziano też ekspres do Kołobrzegu (do komunikatów używają tam Ivony, która mówi "110 minut" z wielką radością w głosie - poza tym, człowiek puszczający komunikaty ma dziwne poczucie humoru, najpierw puścił informację, że pociąg do Kołobrzegu podjeżdża na peron, podał sektory dla poszczególnych wagonów, a potem jednym ciągiem puścił informację o jego opóźnieniu), naszego pociągu nie zapowiadając już ani razu. Niniejszym dworzec Warszawa Zachodnia otrzymuje imię Eduarda Chila.

Ostatecznie wyrwaliśmy się ze stolicy około 1 w nocy, pociągiem z policją, kibicami Pogoni i miłośnikiem jeździectwa (na niby wałachu, który miał jedno jądro niezstąpione i niewycięte, przez co był nieco narowisty; pan dżokej opowiadał też inne historie, których nie przytoczę, bo czytają nas dzieci). I, o dziwo, do Szczecina przybyliśmy z niecałą godziną opóźnienia.







środa, 17 kwietnia 2013

W Krakowie...

No to jedziemy :)
Podbijać nowe tereny.
Drogie Jury Sesji Neurologicznej szykuj się na coś spektakularnego!
Mały odwyk od neta - więc podsumujemy jak wrócimy :D
Trzymajcie kciuki!
Cya!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Konferencja Biofuzje

Zapraszamy serdecznie na I Studencką Konferencję Biologii Medycznej "Biofuzje", która odbędzie się w dniach 24 - 26 maja na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.




Nie wiemy wprawdzie jeszcze, czy sami zdołamy się wybrać - chwilowo Kraków pochłania nas całkowicie, ale to chyba jedyna konferencja, gdzie będzie osobna sesja poświęcona komórkom macierzystym. Termin rejestracji abstraktów upływa 30 kwietnia, więc mamy jeszcze trochę czasu.

sobota, 13 kwietnia 2013

Tyle wygrać...

Grand Prix wprawdzie nie zdobyliśmy, ale wygraliśmy naszą sesję i załapaliśmy się na uścisk dłoni Bartosza Arłukowicza (który na konferencję wpadł dość niespodziewanie na jakieś 10 minut, w sam raz żeby wygłosić krótkie przemówienie i wręczyć Grand Prix oraz nagrody dla zwycięzców poszczególnych sesji:
  • nauk niezabiegowych (31 prac),
  • zabiegowych (29 prac)
  • nauk o zdrowiu (23 prace)
  • stomatologiczna (po raz pierwszy w historii konferencji, 9 prac, z tej sesji pochodzili zwycięzcy Grand Prix)
  • nauk przedklinicznych (10 prac, w tym nasza)
Szkoda w sumie, że rektor nie wspomniał ministrowi, że jesteśmy biotechnologami,  wiele osób bierze nas to za lekarzy, to za diagnostów laboratoryjnych, podczas gdy my istniejemy i działamy dość prężnie (sesję nauk przedklinicznych wręcz zdominowaliśmy: oprócz naszego pierwszego miejsca, trzecie miejsce zajęła koleżanka działająca w kole przy zakładzie biochemii).

Wbrew wcześniejszym obawom, dobrze poszła nam dyskusja: co prawda przewodniczący komisji niemal nas zagiął pytaniem o patomechanizm chorób neurodegeneracyjnych, ale jakoś się wybroniliśmy. Zresztą, trzeba to komisji oddać, surowi byli wobec wszystkich występujących - sam przewodniczący stwierdził podczas przemówienia zamykającego konferencję, że wie, że mógł być trochę "zaczyna się na u, kończy się na y", co rektor rozszyfrował jako "urokliwy".

Nasza sesja była dość eklektyczna: od komórek macierzystych i naszych neurotrofin, poprzez dwie prace o wpływie wyciągu z pokrzyw na hepatocyty hodowane w różnych warunkach* do dość frapującego zagadnienia "os penis jako kość niezgody między człowiekiem a innymi naczelnymi" - praca ta nie została wprawdzie oceniona gdyż była bardziej kazuistyczna niż własna, jednak autorowi udało się rozbawić komisję (szczególnie jej żeńską część), wstrząsnąć publicznością zdjęciami z usunięcia jakiemuś delikwentowi kości penisa (zabolało nawet Ag**) oraz spowodować u nas coś, co na TV Tropes określają jako Hurricane of puns (wolę nie przytaczać wszystkich, gdyż, choć staramy się, aby nie było tego widać w notkach, mamy na ogół dość betonowe poczucie humoru - m.in. kolega wyraził podziw dla prezentującego, że słowo "penis" tyle razy przeszło mu przez gardło, a prawdziwą radość wywołali znajomi, którzy stwierdzili, że nie widzieli tej prezentacji, gdyż poszli na loda***)

Wracając do poważnych spraw (uwaga, teraz będzie Miss World): chcielibyśmy podziękować pracownikom ZPO którzy pomogli nam przy przygotowywaniu pracy, cierpliwie ucząc nas przez ostatnie półtora roku wszystkiego (no może nie wszystkiego, ale wielu rzeczy) co umiemy, a także profesorowi, który umożliwił nam występ.

A już za tydzień ruszamy na podbój Krakowa. Trzymajcie za nas kciuki ;)

*niżej podpisany usiłował w czasie przerwy zagadać do koleżanki prezentującej jeden z tych tematów, jednak spotkał się z niezrozumieniem ;( 
** choroba studentów medycyny nie wybiera - skoro ja mogłem w toku studiów mieć objawy raka jajnika (choć bardziej w okolicach nerek), to czemu kobiety nie może zaboleć narząd, którego nie posiada?
*** Autor bardzo przeprasza jeśli kogoś uraził i obiecuje więcej nie robić sobie jaj.

środa, 10 kwietnia 2013

Nasza pierwsza konferencja...

...a dokładniej XLIV Konferencja Studentów Uczelni Medycznych. Nasz występ wprawdzie dopiero w sobotę, ale dzisiejszy dzień również spędziliśmy dość pracowicie, ćwicząc występy przed mniej lub bardziej wymagającą publicznością, a także kibicując występującym dzisiaj kolegom z koła przy zakładzie mikrobiologii.
Publiczność mniej wymagająca. Bardziej wymagającą był nasz profesor.
 Pełny zestaw uczestnika konferencji (z torbą :) ) otrzymamy przy rejestracji w sobotę, na razie mamy tylko Książkę Abstraktów (jakiś człowiek zrobił mi zdjęcie, gdy próbowałem rozkminić konstrukcję spisu treści, więc pewnie znajdę się w galerii jako pilny student niestrudzenie poszerzający swoją wiedzę) i ulotkę na temat samobadania w raku jąder (pierwsze słyszę).
Po wysłuchaniu kilku prezentacji nasunęło mi się kilka wniosków:
- Złe czasy nastały dla konstruktorów ścian tekstu. Im więcej tekstu, tym większe prawdopodobieństwo, że któryś członek Komisji znajdzie w nim na ciebie jakiegoś haka.
- Komisja stosuje metody zastraszania, jeśli przebrniesz to wygrałeś.
- Dyskusja z Komisją może tak skołować człowieka, że pomyli mydło z odświeżaczem do ust.
- Brak jakoś zrównoważenia między przygotowaniem merytorycznym prezentujących a przygotowaniem prezentacji. Zawsze jedno leży.
- A propos powyższego:  jeśli nie jesteś pewien, czy nawiasy piszemy tak: tekst (tekst w nawiasie), tak: tekst(tekst w nawiasie) czy tak: tekst ( tekst w nawiasie), stosowanie losowo wszystkich możliwych form zapisu, doprawione dodatkowo konsekwentną spacją przed dwukropkiem, to zły pomysł.
- Jestem prawdopodobnie jedyną osobą w promieniu stu kilometrów, którą do białej gorączki doprowadza mówienie o procentach, gdy mamy na myśli punkty procentowe.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Emocje sięgają zenitu.

Zwłaszcza Ag mdleje już ze stresu. No bo w końcu pierwsza nasza konferencja. Ci wszyscy mądrzy ludzie w komisjach i Ci wszyscy zazdrośni koledzy z innych kół naukowych, nie no, żartuję oczywiście. Na pewno będzie miło i sympatycznie.
Prezentacja już jest dogłaskiwana, przemowa prawie gotowa - tylko wygrywać.
Trzymajmy kciuki.
Jak poszło damy znać. :)
Na pożegnanie zimy...

sobota, 9 marca 2013

Dostaliśmy się...

... w dniach 18-20 kwietnia wypatrujcie nas w Krakowie ;)

Jako bonus coś, co wciąż nas zastanawia:
Skąd się tam wziął link do naszej strony i kto u nas szukał filmów przyrodniczych? Są na świecie rzeczy, o których nie śniło się fizjologom (i od tego jesteśmy my, patolodzy), ale to przeszło nasze pojęcie.

PS: gdyby ktoś się zastanawiał, czy mysz jest w stanie przegryźć się przez kevlar: jest w stanie.

wtorek, 5 marca 2013

Czekamy na wieści z Krakowa

Według strony Collegium Medicum UJ "Informacja o abstraktach przyjętych na Konferencję pojawi się po 5.03.13r." - czyli może to być równie dobrze jutro jak i za miesiąc.
W międzyczasie w Szczecinie uchwalono projekt finansowania leczenia niepłodności metodą in vitro. Wygląda jednak na to, że będzie miał on ciężkie, nomen omen, dzieciństwo - przeciwko jest prezydent miasta, a część radnych woli zamiast in vitro finansować koncert, którego nie będzie. Powstał również front przeciwników dofinansowania, skupiający zarówno wiernych uczniów naszego starego znajomego arcybiskupa Dzięgi, jak i ludzi uważających, że dofinansowanie in vitro powinno odbywać się z budżetu centralnego. Tak czy owak, front ów wykupił reklamy w komunikacji miejskiej (99 zeta za monitor) obwieszczające pasażerom, że 14 tysięcy Szczecinian podpisało protest przeciwko finansowaniu in vitro z budżetu miasta (co ciekawe, wszystkie źródła internetowe mówią o trzynastu tysiącach) - co na 401 211 mieszkańców daje niecałe 3,5% (czyli, skoro wg. arcybiskupa Dzięgi "katolik nie może popierać in vitro", albo są u nas kiepscy katolicy, albo jest ich nieco mniej niż mityczne 95%).
Swoją drogą, mieliśmy niedawno wykład z panem pracującym w klinice leczenia niepłodności, który opowiadał, że swego czasu nawiedziła ich dziennikarka Gościa Niedzielnego, która,  przyjrzawszy się ich pracy, a przede wszystkim pacjentom, uświadomiła sobie, że in vitro nie robią sobie sataniści i kosmici, lecz zwyczajni ludzie, po czym napisała artykuł, którego w GN nie puścili... Niby cenzura umarła wraz z komuną, którą Kościół podobno zaciekle zwalczał, ale sentyment każdy może czuć.


sobota, 23 lutego 2013

Nadal mamy wszystkie palce...

... metalowe/kevlarowe (gdy ktoś ma inną proporcję wielkości dłoni do długości palców niż zakładali producenci) rękawice czynią cuda. Po krótszym lub, w moim przypadku, dłuższym czasie udało nam się opanować sztukę robienia myszom zastrzyków. Kolega skierowany na ergi opanowuje sztukę robienia zastrzyków po ciemku. Nauczyliśmy się też pobierać myszom oczy (w poniedziałek mamy już pobierać Ważne Oczy), a także uczestniczyliśmy w izolacji komórek macierzystych z mysiego szpiku, wprawdzie był to najmniej twórczy etap, oczyszczania kości z mięsa (kości na izolację, mięso do chińskiej restauracji do worka; dodatkowo, jako, że myszy były transgeniczne, mięśnie miały kolor żółtozielony i świeciły w ciemnościach), ale powoli się rozwijamy.

Zakładowy szczur jest mniej towarzyski niż pisałem ostatnio, bystry jest natomiast nieprzeciętnie - widzi podobno słabo, ale koleżankę, która wyjęła go z klatki ugryzł bezbłędnie, po czym próbował zrejterować za lodówkę (pod względem szukania okazji do ucieczki, szczury są znacznie sprytniejsze od myszy).


STN CM UJ w końcu zamknęło rejestrację abstraktów, czekamy więc na ogłoszenie wyników i powoli przygotowujemy się do wysyłania naszego streszczenia na inne konferencje. A propos: dzisiaj na moim drugim kierunku pani od Integrated skills nieopatrznie spytała, czy ktoś wie co takiego jest w pępowinie, że naukowcy tak się nią interesują. I tu właśnie wychodzi dość w sumie częsty problem - mówić o znanej sobie dziedzinie w taki sposób, żeby było to zrozumiałe dla osób nie obeznanych z tematem.  Starałem się jak mogłem, zresztą mówiąc po angielsku nie było mi dane się zanadto rozkręcić. Na szczęście.

A na koniec, rzecz na pewno ciekawa: w czwartek uczestniczyłem w wykładzie doktora Marka Łosa z Uniwersytetu w Linköping dotyczącym roli apoptyn w zwalczaniu nowotworów. Zagadnienie jest dość interesujące, toteż wkrótce poświęcę mu osobną notkę. Stay tuned.

sobota, 16 lutego 2013

Getting serious

We wtorek, w ramach przygotowania do magisterki, mamy uczyć się robić myszom zastrzyki. W sumie jest to całkiem podobne do robienia zastrzyków ludziom, z kilkoma zasadniczymi wyjątkami:
- mniejszy i w dodatku dość ruchliwy cel;
- cel broni się zębami oraz bronią biologiczną (z drugiej strony niż zęby);
- w przypadku myszy płci męskiej istnieje możliwość przypadkowego umieszczenia igły w miejscu, gdzie boli każdego faceta, niezależnie od gatunku.
O wynikach poinformujemy później. O ile zostaną nam jakieś palce.

Jeśli już o gryzoniach mowa, mamy w końcu w zakładzie szczury. Jeden był nawet dość towarzyski, ale usłyszawszy o symbolice szczurzego ogona u Freuda chyba stwierdził, że nie znajdzie z nami wspólnego języka i przeszła mu ochota na interakcję społeczną z nami.

Organizatorzy konferencji w Krakowie postanowili potrollować nadsyłających zgłoszenia - pierwotny termin przesyłania abstraktów minął 10 lutego, ale został przesunięty o 5 dni, a obecnie upływa 19 lutego. Przyjmujemy zakłady, czy wyrobią się przed końcem miesiąca.

Dla zabicia czasu czytam książkę Gambarellego i Łuckiego Jak przygotować pracę dyplomową i doktorską. Dziełko dość sympatyczne, choć niekiedy uroczo nieaktualne - jak choćby we fragmencie w którym autorzy doradzają, jak zaznaczać poprawki by maszynistka (dla młodszych czytelników: nie jest to kobieta prowadząca pociąg, lecz osoba zajmująca się zawodowo przepisywaniem prac na maszynie, obecnie zawód prawdopodobnie wymarły) wiedziała jak je wprowadzić, czy też podrozdział traktujący o cytowaniu prac rosyjskojęzycznych, ponieważ wiele zachodniej literatury naukowej, w szczególności dotyczącej techniki zostało przetłumaczone na język rosyjski, a nie każdy student zna języki zachodnie.  знаю ни одного западного языка?

Tymczasem, w ramach ogólnie pojętej "pomocy w labie" Ag i Mi zajmują się produkcją (a właściwie filtrowaniem) wody mineralnej dla myszy, przy pomocy wzbudzającej respekt swoimi gabarytami i oldschoolowym (nasuwa mi skojarzenia z drugowojenną Superfortecą) wyglądem maszyny nazwanej przez nas odsysaczem, względnie obsysaczem - nazwy oficjalnej nie znam.

sobota, 9 lutego 2013

Zwirować, a nie zwariować.

Choć teraz ferie - to w labie praca wre. Zdarzają się momenty kiedy pracujemy pod wyciągiem, nie na 4, a na 6 rączek.
Tematy prac magisterskich zostały ustalone i każdy z nas zapoznaje się powoli z realiami laboratoryjnymi, które umożliwią przeprowadzenie badań i eksperymentów  Mi grzebie po śmietnikach w poszukiwaniu myszy, Ma czyta poradniki o problemach wychowawczych szczurzych matek, a my z An próbujemy znaleźć metodę wirowania krwi pępowinowej tak, żeby większość interesujących nas komórek nie rozplaskiwała się na ściankach falconów. I z naszych eksperymentów polecam patent na przerwę obiadową - nastawić wirowanie na pół godziny z break równym zeru. :) Wirówka będzie rozpędzać się, wirować i zwalniać w czasie, w którym zdążycie spokojnie wszamać dwa dania i deser :D
Z innych ciekawych doświadczeń - rejestrujemy abstrakt na swoją pierwszą konferencję! I powiem, że nie jest łatwo...


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Jak zostałem szczurzą niańką...

... a w przyszłości zapewne jeszcze nauczycielem wdżwr, sprzątaczką i swatką, bo szczury chwilowo albo się nie rozmnażają, albo robią młodym śliski kocyk, a sobie sesję zdjęciową na koniu (a nie, to nie ta bajka), tym sposobem blokując rozpoczęcie przeze mnie magisterki. Zresztą gryzonie chyba generalnie mnie nie lubią, latem w Warszawie myszy też rozmnażały się dość opornie, choć prawdopodobnie była to wina mutacji jaką miały. W ramach poczynienia kolejnych obserwacji planuję wyjazd na wieś, żeby sprawdzić czy kury przestaną się nieść.
O, to będzie moje wyjście awaryjne.

Prace magisterskie rozkręcają się wprawdzie powoli, ruszyło się natomiast w kwestii koła naukowego - przygotowaliśmy listę konferencji na które chcielibyśmy pojechać - starczyło nam fantazji na jakieś pół Polski a także kawałek Europy (Maastricht, Berlin, Koszyce), profesor mówił, że gdybyśmy pojechali na choćby 1/3 tych konferencji, byłoby bardzo dobrze (spodobały mu się Koszyce - sprawdziliśmy wstępnie możliwości transportu i tu ciekawostka: aby dostać się tam samolotem, należałoby lecieć z Goleniowa do Warszawy, z Warszawy do Berlina, z Berlina do Pragi i stamtąd do Koszyc, więc droga powietrzna odpada. W najgorszym wypadku zbierzemy drużynę i wyruszymy pieszo). Chwilowo jesteśmy na etapie pisania abstraktu (w Krakowie zażyczyli go sobie na 10 lutego i to po angielsku, a konferencja będzie dopiero w kwietniu).
A jutro, w ramach przygotowania do badania siatkówki u gryzoni idziemy na OCT - chwilowo na myszach, u których w przeciwieństwie do szczurów, jest ponoć dość wesoło (jak w akademiku na wiosnę, i nawet wystrój trochę podobny)



poniedziałek, 14 stycznia 2013

EBM - czyli medyczna spychologia.

Evidence - Based Medicine - taki górnolotny tytuł miała konferencja, której słuchaczami (bo na dyskusję jako taką zabrakło czasu) mieliśmy okazję być w poprzednim miesiącu.
Zaproszeni goście i mówcy byli ludźmi skutecznie publikującymi już od studenckich lat (tak przynajmniej mi się wydawało) i w dobrej wierze starali się nam przekazać w ciągu swoich 45 - 90 minut wykładów całą istotę przygotowania i wykonania badań, od statystycznego ich opracowania do ostatecznego zamieszczenia w czasopiśmie o wysokim Impact Factor :)
Tak więc z pierwszych prezentacji padło wiele mądrych rad, wiele cennych wskazówek jak czytać prace przeglądowe, czy jak skracać tematy, bo w końcu te największe miały tematy zwięzłe - jako przykład powołano się nawet na Marię S-C czy Kopernika. Ogólnie wniosek z tego był taki, żeby całej pracy w tytule nie zawierać. Amen.
Z kolei pan statystyk rozpoczął swój wykład niefortunnym, jeśli o nas chodzi, zdaniem, które parafrazując brzmiało, że nie musimy wiedzieć jak program statystyczny działa, tylko mamy wiedzieć co my od tego programu chcemy.
Zaprzecza to naukom Hiszpana (naszego wykładowcy od pierwszego roku studiów, z którym przebrnęliśmy przez Matematykę ze statystyką, Bioinformatykę i teraz brniemy przez Biostatystykę), który od początku naszej znajomości z nim i platformą R wpaja nam, że przede wszystkim mamy zrozumieć podstawy programu, żeby ewentualnie móc potem z niego świadomie korzystać. Ile osób u nas na roku spełni ten warunek? Może statystyka Bayesa mogłaby nam na to odpowiedzieć.
Ostatecznie konkluzją jak zwykle była Gloria w kierunku P (p-value, Pi czy jak kto tam to nazywa) i na tym referat się zakończył, a wyzuci z wszelkich uczuć i przemyśleń po 90 minutach statystyki studenci innych kierunków wyszli na przerwę kawowo-muffinkową :D
No i ostatni wykład, o którym krótko wspomnę, o sensie prowadzenia badań naukowych - oczywiście nie wszystkich - ale sporą część pewnie można by było do tego podciągnąć. Bo tak naprawdę z wszystkiego da się wyciągnąć p-value (mniejsze lub większe) ale pytanie - czy zawsze jest sens? Bo dla kogo są prowadzone badania nad ryzykiem zachorowania w piątek 13-go?
A z drugiej strony - nikt nie prowadził nigdy badań nad tym, czy spadochron wpływa na przeżywalność wśród skoczków. A mimo to, nikt nie zaprzeczy że p-value będzie tu spore. Tylko jak do takich badań dobrać grupę kontrolną? Może z samych badaczy?
Ogólnie cały sens tego w tym, żeby nasze badania komuś się potem przydały. Żeby wniosły coś do diagnostyki, leczenia czy choćby do dalszych badań. I myślę, tu też o eksperymentach, które pokazują, że nie tędy droga...
Bo potem jacyś lekarze, diagnozując na podstawie objawów czy wyników laboratoryjnych i molekularnych, powiedzą, że w takiej publikacji, o tym i o tym, ktoś badania robił, że to będzie świadczyło o tej i o tej chorobie. Nie nasza wina, że źle zdiagnozowaliśmy. Odpowiedzialność badań naukowych jest spora, i mimo, że nie zwalnia nikogo potem z myślenia, warto o tym pamiętać robiąc wszelkie publikacje.

To tyle, a teraz lecę bo zgłosiłam się dziś na badania umiejętności odróżniania brandy od whisky. 
Ciao!