Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blożek-twarożek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blożek-twarożek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2013

Biofuzje

Jakiś czas temu pisałem, że zastanawiamy się nad wyjazdem do Warszawy, teraz, dobre trzy dni po powrocie (nie ma to jak zabójcze tempo) mam czas, żeby opisać, jak minął nam pobyt w stolicy.
Ze Szczecina wyruszyliśmy w nieco rozszerzonym składzie, ze znajomymi z roku wspierającymi nas duchowo. Warszawa przywitała nas ulewą i krajobrazem przypominającym, że zacytuję koleżankę "trochę większy Szczecin, niestety bardziej Pomorzany" (motyw zresztą rozwinął się później, gdy okazało się, że w okolicy akademika mamy obiekty przypominające pętlę Basen Górniczy i targowisko na Turzynie). Znaleźliśmy akademik, zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy poprzez korki na Wydział Biologii UW, gdzie zarejestrowaliśmy się, odebraliśmy materiały konferencyjne (tu padł niechlubny rekord - książka abstraktów rozleciała mi się po jakichś 5 minutach -z rozmów z organizatorami dowiedziałem się, że nastąpiły pewne nieporozumienia z funduszami i drukarnią, ale w przyszłym roku na pewno to poprawią) i wysłuchaliśmy bardzo ciekawego wykładu prof. dr hab. Jacka Malejczyka na temat Medycyna regeneracyjna i odtwórcza: nasza recepta na nieśmiertelność? Wywiązała się dość ciekawa dyskusja (miałem generalnie wrażenie, że to pierwsza konferencja, gdzie publiczność nie bała się zadawać pytań; również poziom zadawanych pytań był dość wysoki, ale o tym później), a powitanie zakończyliśmy wspólnym zjedzeniem tortu - niech żyją sponsorzy!! Swoją drogą dosyć znani sponsorzy "zaopiekowali" się konferencją - na stronce można zobaczyć jacy. ;)

Następnego dnia dotarliśmy dopiero na sesję posterową i drugą część sesji immunologicznej. Co prawda sami nigdy się w plakaty nie bawiliśmy, jednak na podstawie tego co widziałem, dobra rada: najlepszą strategią jest stać gdzieś w okolicach swojego plakatu, odpowiadać na pytania i rozmawiać z oglądającymi. Wyniki zresztą potwierdziły moje spostrzeżenia, spośród zwycięzców słabo kojarzę tylko miejsce trzecie.

Jak już mówiłem, dotarliśmy dopiero na drugą część sesji immunologicznej, ale mieliśmy przyjemność trafić na dwie świetne prezentacje, na temat alergenności białek obronnych roślin przyprawowych (świetnie zaprojektowane doświadczenie, przedstawione w jasny sposób - zresztą praca ta zdobyła ostatecznie drugie miejsce oraz nagrodę publiczności, nawet pomimo faktu, że pietruszka nie chciała współpracować), a druga na temat opatrunków pochodzenia naturalnego (w rolach głównych m.in. azjatycki miód oraz larwy much). Posiedzieliśmy też na wykładach gościnnych (swoją drogą: ilość zaproszonych gości przebiła chyba wszystkie konferencje na których dotychczas byliśmy) i sesji nowotworzenia (pierwsza prezentacja podobała mi się najbardziej - Wpływ działania prokainamidu na ekspresję genów związanych z procesem apoptozy oraz autofagii w komórkach linii T98G (glejak wielopostaciowy) po wyciszeniu genów AKT3 lub PIK3CA - Adama Pudełko), po czym udaliśmy się do domu (pogoda wciąż była niepewna) by, w ramach odstresowania, sprawdzić empirycznie poziom enzymu o numerze katalogowym EC 1.1.1.1 (w granicach rozsądku oczywiście).

Niedziela była ostatnim dniem konferencji, z naszego punktu widzenia najważniejszym - o 9 rano wykładem dr Iwony Grabowskiej zaczęła się sesja komórek macierzystych. Mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że gdyby przyznawali nagrody za najdłuższy temat pracy, bilibyśmy się z dziewczyną, która prezentowała przed nami o pierwsze miejsce. Ag jak zwykle zaprezentowała świetnie, w końcu też załapaliśmy się na prawdziwie konstruktywną dyskusję - nie pytano nas o patomechanizm choroby Alzheimera (jak to określił nasz profesor, pełna odpowiedź na to pytanie dałaby nam nagrodę Nobla) ani o liczbę próbek (autor obiecuje od tego momentu więcej nie czepiać się Krakowa, w miarę oczywiście skromnych możliwości samokontroli). Zadano nam pytania o to co zrobiliśmy i czy myśleliśmy nad innymi możliwościami zbadania naszych komórek (kilka sugestii sobie zresztą zapisaliśmy, mogą się przydać na przyszłość). Po naszej sesji odbyła się jeszcze ostatnia część, poświęcona genetyce medycznej - dwie szczególnie ciekawe prace z tego działu opowiadały o identyfikacji SNP-ów in silico (bioinformatykę bardzo sobie cenię) oraz o PNA (choć wg. rozkładu miała być o antysensach, przypadkowe fluktuacje kontinuum czasoprzestrzennego sprawiły jednak inaczej i tym sposobem dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak PNA). Konferencja zakończyła się wykładem dr hab. Krystiana Jażdżewskiego na temat diagnostyki nowotworów opartej o microRNA (jak powiedział, aby skrócić prezentację, usunął z niej slajdy, których nie zrozumiała jego córka - pogratulować córki w takim razie, ja w jej wieku nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak miRNA*; w każdym razie wykładu słuchało się bardzo fajnie). Po wykładzie nastąpiła przerwa na zrobienie zdjęć (korzystając z chwili dobrej pogody), po czym ogłoszono wyniki.

Większość wyników zdaje się, zaspoilerowałem w tekście, dodam jednak (jakże skromnie), że zajęliśmy pierwsze miejsce w kategorii "Najlepsza prezentacja ustna".

Na koniec chciałbym jeszcze pogratulować organizatorom I Konferencji Biologii Medycznej "Biofuzje" czyli Studenckiemu Kołu Naukowemu Biologii Medycznej "Antidotum" oraz Wydziałowi Biologii UW - pomimo, że była to pierwsza konferencja, stała ona na bardzo wysokim poziomie (zarówno jeśli chodzi o prezentacje, jak i, co dla niektórych ważniejsze, catering), a także była świetnie zorganizowana (czego nie można powiedzieć o niektórych większych imprezach, ale miałem się już nie czepiać). Mam nadzieję, że spotkamy się, w jeszcze szerszym gronie, w przyszłym roku na konferencji nr 2. Jak to mówią po amerykańsku: keep up the good work guys, and see you later ;)

Więcej szczegółów na stronie konferencji www.biofuzje.pl i na ich stronie na fb. :)
Ma.

A do domu wróciliśmy tym razem bez przygód - jeśli nie liczyć zakochanego kelnera który nie mógł uwierzyć w wiek naszych koleżanek (komórki macierzyste odmładzają, hehe) i grania w makao wieczorową porą w McDonaldzie na Dworcu Centralnym.


* Inna sprawa, że kiedy ja miałem 12 lat, miRNA było jeszcze dość świeżym, bo zaledwie dziewięcioletnim odkryciem.




Swoją drogą - bardzo ciekawy projekt logo i całej oprawy graficznej biofuzji!! :) Autor powinien gdzieś się do nich przyznać, żeby można mu było pogratulować. :D
Ag.

środa, 22 maja 2013

Error

Po czym poznać, że czas najwyższy wyjść z labu i wracać do domu:
- zaczynasz rozmawiać ze szczurem,
- zaczynasz rozmawiać z komputerem,
- zaczynasz zastanawiać się, czy da się nauczyć szczura gry w szachy,
- współpracownicy ostrzegają cię, żebyś sprawdzał co jakiś czas, czy ktoś nie zamknął cię w labie wychodząc*,
- mierząc grubość siatkówki patrzysz na zdjęcie dna oka bite dwie minuty i dalej nie wiesz, czy nerw wzrokowy jest po lewej czy po prawej stronie,
- albo co gorsza, czy jest na górze czy na dole.

 W sumie jeszcze nie jest ze mną tak najgorzej, w jednym z zakładów jest pani, która nadała imiona wszystkim urządzeniom w laboratorium. I w sumie nie wyszedłem dzisiaj ostatni, biedna Ag jeszcze siedziała przy komorze laminarnej gdy wychodziłem.

Our work is never over! ;)

 * Kolegę tak zamknęli, na szczęście dodzwonił się do kogoś, kto uwolnił go z babilońskiej niewoli

czwartek, 2 maja 2013

Potwory z PubMedu rodem

Po ostatnich notkach konferencyjno-podróżniczych czas na coś lżejszego. Zanim znów wyruszymy w drogę, postanowiłem odbyć podróż w mroczne otchłanie PubMedu, a dokładniej ruszyć tropem <dramatyczna pauza> wampirów!

Ostatni, zdaniem autora, prawdziwy wampir.
Krwiopijcy są na PubMedzie reprezentowani niezbyt licznie, 54 artykuły, przy czym większość zawiera wampira w tytule metaforycznie, a artykuł jest o czosnku/nietoperzach/pobieraniu krwi, jest jednak kilka zastanawiających prac: niejaki Szajnberg wyliczył, że od czasu listu, który Abraham napisał do Freuda w 1915 roku poczyniono 439 aluzji do nieumarłych w psychoanalizie, przy czym w 288 przypadkach były to wampiry, wzmianki doczekało się także 99 zombie oraz 52 wilkołaki (biedaki, zawsze gorsze od wampirów, czy to Freud czy Stephenie Meyer).
Skoro już jesteśmy przy psychologii, w roku 2012 Gabriel i Young  przeprowadzili badanie, które wykazało, że ludzie czytający książki (w tym wypadku Harry'ego Pottera i Zmierzch) zaczynają zachowywać się psychologicznie jak czarodzieje lub wampiry, co zostało nazwane przez autorów hipotezą narracyjnej kolektywnej asymilacji.
Ta teoria nieco mną wstrząsnęła (choć nie tak, jak ta, że bohater książki "I am Legend" jest ukrytym gejem - swoją drogą, ciekawe, co Will Smith na to?) tym bardziej, że niedawno z ciekawości przeczytałem Zmierzch. Ciekaw jestem swoją drogą, czy jeśli ktoś czyta/ogląda więcej niż jedną rzecz naraz, to w efekcie tworzy się jakaś psychologiczna wypadkowa? Bo w moim wypadku efekty mogą być straszne...


Zostawmy może psychologów, zanim zwariujemy do reszty. Niektórzy naukowcy postanowili podejść do tematu wampirów metodycznie. Oto abstrakt artykułu Czy czosnek chroni przed wampirami? Badanie eksperymentalne. napisanego przez Sandvika i Baerheima z Uniwersytetu w Bergen. Pojęcia właściwie nie mam skąd ten pomysł, data nie wskazuje na Prima Aprilis, być może autorzy liczyli na IgNobla, albo nie lubią czosnku.
Strach przed wampirami jest powszechny, choć najczęściej nawiedzany jest region bałkański. Czosnek jest postrzegany jako efektywny środek profilaktyczny chroniący przed wampirami. Chcieliśmy sprawdzić ten rzekomy efekt eksperymentalnie. Z powodu braku wampirów użyliśmy zamiast nich pijawek. W ściśle wystandaryzowanych warunkach laboratoryjnych pijawki miały przyczepiać się do ręki posmarowanej czosnkiem lub nieposmarowanej. Ręka posmarowana czosnkiem była przez nie preferowana przez nie w dwóch przypadkach na trzy (95% przedział ufności pomiędzy 50,4% do 80,4%). Pijawkom wybierającym rękę posmarowaną czosnkiem przyczepienie się zajmowało 14,9 sekundy w porównaniu do 44,9 sekund u pijawek wybierających rękę nieposmarowaną (p<0,05). Tradycyjna wiara, że czosnek chroni przed wampirami jest prawdopodobnie błędna. Odwrotny efekt może być prawdziwy: to badanie pokazuje, że czosnek może przyciągać wampiry, toteż by uniknąć podobnego do bałkańskiego rozwoju sytuacji w Norwegii, powinno się rozważyć ograniczenia w używaniu czosnku.
No cóż, sądząc po tym, że 11 lat po napisaniu tej pracy ukazała się pierwsza część Zmierzchu, chyba niewielu wzięło sobie do serca przestrogi Norwegów...
 


czwartek, 25 kwietnia 2013

TriBioLife w Krakowie

Jakimś cudem wróciliśmy i zdołaliśmy się ogarnąć, więc here it is, relacja z International Medical Students' Conference:

Do Krakowa dotarliśmy bez większych przygód, za to z tradycyjnymi nocnymi rozmowami o życiu i śmierci (w pociągu każdy jest filozofem) i porannym syndromem Maleńczuka ("nie mogę leżeć, a nie mogę wstać"). Udało nam się mimo to nie zajechać do Przemyśla, znaleźć nasz hostel (całkiem przyjemne miejsce swoją drogą) i, po doprowadzeniu się do stanu używalności, wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu CM UJ (spory, nowoczesny budynek w sąsiedztwie prosektorium, więc podobnie jak u nas można sobie popatrzeć na lepszą przyszłość). Na miejscu odebraliśmy tradycyjny zestaw startowy (torba, identyfikator, smycz, długopis, teczka, notes, książka abstraktów, Ag liczyła na kubek, ale kubka nie było) i posiedzieliśmy trochę na sesji farmakologii - prezentacje w lengłydżu, dyskusja, z powodu braku obcokrajowców w tej sesji, po polsku. Przyzwyczajeni po Szczecinie do dość brawurowych (to chyba najlepsze słowo) dyskusji nieco się rozczarowaliśmy - do niektórych uczestników komisja nie miała żadnych pytań, ale uznaliśmy, że to pierwszy dzień konferencji i wszystko jeszcze się rozkręci.

Wracając, przeszliśmy się po rynku (po raz pierwszy), po czym nadszedł czas na ostatnie próby, które wypadły pomyślnie - powiedziałbym, że patrzyliśmy w przyszłość z optymizmem, ale ponieważ zasadniczo wszyscy widzimy szklankę ani nie do końca pełną ani też nie do końca pustą, patrzyliśmy w przyszłość z poczuciem, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, a reszta nie zależy od nas.

Nasza sesja (Neurologii i neurochirurgii) nie była może aż tak eklektyczna jak sesja nauk przedklinicznych w Szczecinie, ale i tak wybór tematów był od neurotrofinowego Sasa do bioinformatycznego Lasa, z przewagą tematów anatomiczno-chirurgicznych. Spora reprezentacja Białorusinów ze State University of Grodno sprawiła, że zarówno prezentacje jak i dyskusja prowadzone były w języku Szekspira.

Tu chciałbym pochwalić koleżankę prezentującą naszą pracę - zrobiła naprawdę dobrą robotę, wszystko zagrało na 100%, co było tym trudniejsze, że otwieraliśmy sesję. Natomiast dyskusja... to my tu, po tym jak w Szczecinie zarzucili nam, że tłumaczymy mechanizm Alzheimera na chłopski rozum, wykuwamy się z wszelkich chorób neurodegeneracyjnych, a dostajemy jedno pytanie, i to od publiczności? I to z najprostszych, o liczbę prób. A na koniec sesji komisja mówi, że jako klinicyści nie wszystkie prace zrozumieli (w sumie podejrzewam, że bariera językowa też grała tu rolę - podobno na sesji Forensic Medicine, po upewnieniu się, że na sali nie ma obcokrajowców, prezentujący przeszli na polski), a my polegliśmy (choć nie z kretesem).

Zrobiwszy swoje na konferencji, postanowiliśmy przejść się w sobotę na reklamowaną obecnie w Krakowie The Human Body Exhibition, wbrew pozorom niezwiązaną z Guntherem von Hagensem (studentom medycyny którzy odpowiadają na pytania odwiedzających nie wolno wspominać jego nazwiska - Voldemort jakiś?) Przy okazji dowiedzieliśmy się w końcu, neurolodzy prawdziwi, gdzie właściwie kończy się rdzeń kręgowy (nie tam, gdzie myślicie), jak wygląda płód czy ile naczyń krwionośnych jest w płucach:

Wstęp na wystawę kosztuje 50 zł, ale zobaczyć warto. Potem poszliśmy jeszcze do Muzeum Lotnictwa, gdzie niektórzy odkryli w sobie fetysz silników lotniczych (ze szczególnym uwzględnieniem rzędowych jednostek Maybacha), niektórzy zapragnęli mieć własnego MiG-a 29/Sopwitha Camela, a wszystkich przewiało, co jest zapewne jedną z przyczyn naszego obecnego stanu. Niedzielę spędziliśmy z kolei w okolicach Wawelu, odwiedziwszy Piłsudskiego i jego sąsiadów z krypty, polując na smoka wawelskiego, podziwiając widoki i wysyłając kartki do krewnych i znajomych.
Po wielu wrażeniach liczyliśmy na w miarę spokojny powrót, jednak, oczywiście, bez przygód się nie obeszło. W okolicach Opoczna trafiliśmy na samobójcę, oczywiście pociąg zatrzymany, czekamy aż policja złoży wszystko do kupy, w perspektywie mając spóźnienie się na przesiadkę i survival na Centralnym w Warszawie do 5:27. Na szczęście zostaliśmy przesadzeni w inny pociąg do stolicy, wprawdzie spędziliśmy tę część podróży na korytarzu, ale zawsze w ruchu, wylądowaliśmy na dworcu Warszawa Zachodnia - przesiadka Warszawa - Szczecin została opóźniona (początkowo o 50 minut) by poczekać na nas i inne opóźnione pociągi. Rozbiliśmy początkowo obóz w poczekalni, wyszliśmy jednak na peron, strollowani komunikatem, że nasz pociąg wjeżdża na dworzec. W międzyczasie opóźnienie uległo zmianie do 70 a potem do 90 minut, kilkakrotnie z rzędu zapowiedziano też ekspres do Kołobrzegu (do komunikatów używają tam Ivony, która mówi "110 minut" z wielką radością w głosie - poza tym, człowiek puszczający komunikaty ma dziwne poczucie humoru, najpierw puścił informację, że pociąg do Kołobrzegu podjeżdża na peron, podał sektory dla poszczególnych wagonów, a potem jednym ciągiem puścił informację o jego opóźnieniu), naszego pociągu nie zapowiadając już ani razu. Niniejszym dworzec Warszawa Zachodnia otrzymuje imię Eduarda Chila.

Ostatecznie wyrwaliśmy się ze stolicy około 1 w nocy, pociągiem z policją, kibicami Pogoni i miłośnikiem jeździectwa (na niby wałachu, który miał jedno jądro niezstąpione i niewycięte, przez co był nieco narowisty; pan dżokej opowiadał też inne historie, których nie przytoczę, bo czytają nas dzieci). I, o dziwo, do Szczecina przybyliśmy z niecałą godziną opóźnienia.







środa, 17 kwietnia 2013

W Krakowie...

No to jedziemy :)
Podbijać nowe tereny.
Drogie Jury Sesji Neurologicznej szykuj się na coś spektakularnego!
Mały odwyk od neta - więc podsumujemy jak wrócimy :D
Trzymajcie kciuki!
Cya!

sobota, 13 kwietnia 2013

Tyle wygrać...

Grand Prix wprawdzie nie zdobyliśmy, ale wygraliśmy naszą sesję i załapaliśmy się na uścisk dłoni Bartosza Arłukowicza (który na konferencję wpadł dość niespodziewanie na jakieś 10 minut, w sam raz żeby wygłosić krótkie przemówienie i wręczyć Grand Prix oraz nagrody dla zwycięzców poszczególnych sesji:
  • nauk niezabiegowych (31 prac),
  • zabiegowych (29 prac)
  • nauk o zdrowiu (23 prace)
  • stomatologiczna (po raz pierwszy w historii konferencji, 9 prac, z tej sesji pochodzili zwycięzcy Grand Prix)
  • nauk przedklinicznych (10 prac, w tym nasza)
Szkoda w sumie, że rektor nie wspomniał ministrowi, że jesteśmy biotechnologami,  wiele osób bierze nas to za lekarzy, to za diagnostów laboratoryjnych, podczas gdy my istniejemy i działamy dość prężnie (sesję nauk przedklinicznych wręcz zdominowaliśmy: oprócz naszego pierwszego miejsca, trzecie miejsce zajęła koleżanka działająca w kole przy zakładzie biochemii).

Wbrew wcześniejszym obawom, dobrze poszła nam dyskusja: co prawda przewodniczący komisji niemal nas zagiął pytaniem o patomechanizm chorób neurodegeneracyjnych, ale jakoś się wybroniliśmy. Zresztą, trzeba to komisji oddać, surowi byli wobec wszystkich występujących - sam przewodniczący stwierdził podczas przemówienia zamykającego konferencję, że wie, że mógł być trochę "zaczyna się na u, kończy się na y", co rektor rozszyfrował jako "urokliwy".

Nasza sesja była dość eklektyczna: od komórek macierzystych i naszych neurotrofin, poprzez dwie prace o wpływie wyciągu z pokrzyw na hepatocyty hodowane w różnych warunkach* do dość frapującego zagadnienia "os penis jako kość niezgody między człowiekiem a innymi naczelnymi" - praca ta nie została wprawdzie oceniona gdyż była bardziej kazuistyczna niż własna, jednak autorowi udało się rozbawić komisję (szczególnie jej żeńską część), wstrząsnąć publicznością zdjęciami z usunięcia jakiemuś delikwentowi kości penisa (zabolało nawet Ag**) oraz spowodować u nas coś, co na TV Tropes określają jako Hurricane of puns (wolę nie przytaczać wszystkich, gdyż, choć staramy się, aby nie było tego widać w notkach, mamy na ogół dość betonowe poczucie humoru - m.in. kolega wyraził podziw dla prezentującego, że słowo "penis" tyle razy przeszło mu przez gardło, a prawdziwą radość wywołali znajomi, którzy stwierdzili, że nie widzieli tej prezentacji, gdyż poszli na loda***)

Wracając do poważnych spraw (uwaga, teraz będzie Miss World): chcielibyśmy podziękować pracownikom ZPO którzy pomogli nam przy przygotowywaniu pracy, cierpliwie ucząc nas przez ostatnie półtora roku wszystkiego (no może nie wszystkiego, ale wielu rzeczy) co umiemy, a także profesorowi, który umożliwił nam występ.

A już za tydzień ruszamy na podbój Krakowa. Trzymajcie za nas kciuki ;)

*niżej podpisany usiłował w czasie przerwy zagadać do koleżanki prezentującej jeden z tych tematów, jednak spotkał się z niezrozumieniem ;( 
** choroba studentów medycyny nie wybiera - skoro ja mogłem w toku studiów mieć objawy raka jajnika (choć bardziej w okolicach nerek), to czemu kobiety nie może zaboleć narząd, którego nie posiada?
*** Autor bardzo przeprasza jeśli kogoś uraził i obiecuje więcej nie robić sobie jaj.

środa, 10 kwietnia 2013

Nasza pierwsza konferencja...

...a dokładniej XLIV Konferencja Studentów Uczelni Medycznych. Nasz występ wprawdzie dopiero w sobotę, ale dzisiejszy dzień również spędziliśmy dość pracowicie, ćwicząc występy przed mniej lub bardziej wymagającą publicznością, a także kibicując występującym dzisiaj kolegom z koła przy zakładzie mikrobiologii.
Publiczność mniej wymagająca. Bardziej wymagającą był nasz profesor.
 Pełny zestaw uczestnika konferencji (z torbą :) ) otrzymamy przy rejestracji w sobotę, na razie mamy tylko Książkę Abstraktów (jakiś człowiek zrobił mi zdjęcie, gdy próbowałem rozkminić konstrukcję spisu treści, więc pewnie znajdę się w galerii jako pilny student niestrudzenie poszerzający swoją wiedzę) i ulotkę na temat samobadania w raku jąder (pierwsze słyszę).
Po wysłuchaniu kilku prezentacji nasunęło mi się kilka wniosków:
- Złe czasy nastały dla konstruktorów ścian tekstu. Im więcej tekstu, tym większe prawdopodobieństwo, że któryś członek Komisji znajdzie w nim na ciebie jakiegoś haka.
- Komisja stosuje metody zastraszania, jeśli przebrniesz to wygrałeś.
- Dyskusja z Komisją może tak skołować człowieka, że pomyli mydło z odświeżaczem do ust.
- Brak jakoś zrównoważenia między przygotowaniem merytorycznym prezentujących a przygotowaniem prezentacji. Zawsze jedno leży.
- A propos powyższego:  jeśli nie jesteś pewien, czy nawiasy piszemy tak: tekst (tekst w nawiasie), tak: tekst(tekst w nawiasie) czy tak: tekst ( tekst w nawiasie), stosowanie losowo wszystkich możliwych form zapisu, doprawione dodatkowo konsekwentną spacją przed dwukropkiem, to zły pomysł.
- Jestem prawdopodobnie jedyną osobą w promieniu stu kilometrów, którą do białej gorączki doprowadza mówienie o procentach, gdy mamy na myśli punkty procentowe.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Emocje sięgają zenitu.

Zwłaszcza Ag mdleje już ze stresu. No bo w końcu pierwsza nasza konferencja. Ci wszyscy mądrzy ludzie w komisjach i Ci wszyscy zazdrośni koledzy z innych kół naukowych, nie no, żartuję oczywiście. Na pewno będzie miło i sympatycznie.
Prezentacja już jest dogłaskiwana, przemowa prawie gotowa - tylko wygrywać.
Trzymajmy kciuki.
Jak poszło damy znać. :)
Na pożegnanie zimy...

sobota, 16 lutego 2013

Getting serious

We wtorek, w ramach przygotowania do magisterki, mamy uczyć się robić myszom zastrzyki. W sumie jest to całkiem podobne do robienia zastrzyków ludziom, z kilkoma zasadniczymi wyjątkami:
- mniejszy i w dodatku dość ruchliwy cel;
- cel broni się zębami oraz bronią biologiczną (z drugiej strony niż zęby);
- w przypadku myszy płci męskiej istnieje możliwość przypadkowego umieszczenia igły w miejscu, gdzie boli każdego faceta, niezależnie od gatunku.
O wynikach poinformujemy później. O ile zostaną nam jakieś palce.

Jeśli już o gryzoniach mowa, mamy w końcu w zakładzie szczury. Jeden był nawet dość towarzyski, ale usłyszawszy o symbolice szczurzego ogona u Freuda chyba stwierdził, że nie znajdzie z nami wspólnego języka i przeszła mu ochota na interakcję społeczną z nami.

Organizatorzy konferencji w Krakowie postanowili potrollować nadsyłających zgłoszenia - pierwotny termin przesyłania abstraktów minął 10 lutego, ale został przesunięty o 5 dni, a obecnie upływa 19 lutego. Przyjmujemy zakłady, czy wyrobią się przed końcem miesiąca.

Dla zabicia czasu czytam książkę Gambarellego i Łuckiego Jak przygotować pracę dyplomową i doktorską. Dziełko dość sympatyczne, choć niekiedy uroczo nieaktualne - jak choćby we fragmencie w którym autorzy doradzają, jak zaznaczać poprawki by maszynistka (dla młodszych czytelników: nie jest to kobieta prowadząca pociąg, lecz osoba zajmująca się zawodowo przepisywaniem prac na maszynie, obecnie zawód prawdopodobnie wymarły) wiedziała jak je wprowadzić, czy też podrozdział traktujący o cytowaniu prac rosyjskojęzycznych, ponieważ wiele zachodniej literatury naukowej, w szczególności dotyczącej techniki zostało przetłumaczone na język rosyjski, a nie każdy student zna języki zachodnie.  знаю ни одного западного языка?

Tymczasem, w ramach ogólnie pojętej "pomocy w labie" Ag i Mi zajmują się produkcją (a właściwie filtrowaniem) wody mineralnej dla myszy, przy pomocy wzbudzającej respekt swoimi gabarytami i oldschoolowym (nasuwa mi skojarzenia z drugowojenną Superfortecą) wyglądem maszyny nazwanej przez nas odsysaczem, względnie obsysaczem - nazwy oficjalnej nie znam.

środa, 28 listopada 2012

Good times, bad times

Najpierw bad news: jesteśmy chwilowo bezrobotni, ponieważ skończyliśmy PCR-y, a jeśli chodzi o dostawy krwi pępowinowej, nasz zakład ni stąd ni zowąd znalazł się na końcu przewodu pokarmowego* za bankami publicznymi. Na szczęście spotykają nas też dobre rzeczy: pani doktor, zajmująca się w naszym szpitalu hodowlami komórkowymi zaprosiła nas (po starej znajomości, czyt. chodziliśmy na wykłady i dobrze ją wspominamy) do pracy przy komórkach skóry. W poniedziałek się wybieramy, potem zdamy relację ;) 




PS: Oprócz zajęć laboratoryjno-kołowo-magisterskich mamy też normalne zajęcia - na jedne z nich przygotowujemy prezentację o blotach (których jest, okazuje się, co najmniej siedem, a nie cztery). Zamierzamy ją zrobić bardzo "po naszemu", a że wszyscy w takich sytuacjach jesteśmy dziećmi spontanicznymi (a propos: na ostatnich zajęciach z psychologii na moim drugim kierunku** prowadzący, opisując nam schematy transakcji, stwierdził, że "jeśli z kimś rozmawiamy, to po drugiej stronie też jest bałwan"), będzie wesoło. Zresztą, oto mały trailer:


A tak na zakończenie: zgłosiłem się na królika doświadczalnego na zajęcia z mikrobiologii (dzisiaj będę szukał u siebie EBV). Przy pobieraniu krwi okazało się, że mam znikające żyły (ale, jak to mówią, do trzech razy sztuka...).

* Czyli nawet nie będąc orłem z anatomii nietrudno się domyślić, gdzie.
** Filologia angielska. W porównaniu z biotechnologią, zupełnie insza inszość.

niedziela, 21 października 2012

Gen gwiazdą popkultury.

Historię poniższą opowiedział nam niedawno wykładowca na biochemii klinicznej jako przykład skłonności ludzi do wierzenia, że za wszystko odpowiadają geny. Poznajmy głównego bohatera opowieści, Robina Cooka:
(źródło - pl.wikipedia.org)

Robin Cook jest lekarzem, jednak bardziej znany jest jako pisarz, "król thrillera medycznego". Świat biotechnologów dzieli się na tych, którzy czytali jego książki i tych, którzy kłamią, twierdząc że nie czytali (ja jak dotąd przeczytałem tylko Niebezpieczną Grę, przy okazji brawa dla tłumacza - książka ta w oryginale nazywa się Cure).

W roku 2005 Robin Cook napisał książkę Marker (warning - spoilers ahead) Główna bohaterka, dr Laurie Montgomery odkrywa, że pacjenci, będący nosicielami zmutowanej kopii genu MEF2A są mordowani przez firmę ubezpieczeniową, aby uniknąć wypłaty odszkodowań w przypadku, gdyby dostali ataku serca.
(end of spoilers) 
Profesor, który opowiadał nam tę historię przypuszcza, że Cook (który przypomnę, jest lekarzem, a nie biotechnologiem/genetykiem - różnica o tyle istotna, że wielu pracowników laboratoriów uważa, że lekarz w labie to nieszczęście gorsze od inspekcji sanepidu, masowej ucieczki szczurów, wizyty studentów i odkrycia przez szefa, że przeglądamy kwejka w pracy razem wziętych) zbierając materiały do powieści, postąpił jak każdy szanujący się medyk, tzn. zajrzał na PubMed i znalazł tam artykuł Altshulera i Hirschhorna. Następnie postąpił nieco podobnie do Dana Browna, ewentualnie studentów piszących prezentację na zajęcia, tzn. przeczytał tytuł i (niezbyt dokładnie) abstract. Bowiem już z abstractu możemy wyczytać, że Only 1 CAD patient was found to carry a missense mutation not found in controls. W pełnej wersji artykułu możemy przeczytać m.in. że opisana mutacja była sprzężona z chorobą niedokrwienną serca tylko u jednej rodziny, w której występowały dodatkowo inne czynniki ryzyka. Statystyka okazała się z kolei bezlitosna dla badań na większej grupie pacjentów (The current estimate of the difference in the prevalence of nonsynonymous change between CAD and control patients (5 of 500 versus 0 of 500, respectively) does not achieve nominal significance (P > 0.2)*). No cóż... Czytelnicy raczej na PubMed nie zaglądają, z wyjątkiem tych najbardziej upier... dociekliwych. Zresztą, nie tyczy się to tylko thrillera medycznego, wystarczy wspomnieć kwiatki sadzone dość obficie w książkach wspomnianego już Dana Browna. Z drugiej strony, ciężko by było napisać książkę/nakręcić film, trzymając się ściśle prawdziwych wytycznych.

(źródło: xkcd.com)

Przy okazji, przypomina mi się opowieść jednego z panów z naszej sądówki, który mówił, że kupili kiedyś maszynę "taką jak w CSI"** służącą do poszukiwania ciał pod ziemią. Po jakimś czasie zadzwonili do sprzedawcy z pytaniem, dlaczego w serialu na monitorze widać szkielety, natomiast u nich widać jedynie niewyraźne zarysy. Sprzedawca cierpliwie wyjaśnił im różnicę między prawdą czasu a prawdą ekranu, po czym dodał, że nie oni pierwsi dzwonią do niego w tej sprawie...


A tak na koniec dodam jeszcze, że pisanie thrillerów medycznych/kryminałów może być ciekawą alternatywą, (względnie dodatkiem do pensji) gdyby wyrzucili nas z laboratorium*** ;)



* Dla mniej biegłych w statystyce podaję, że wartość p, czy jak to się u nas mówi "piwalju", powinna wynosić poniżej 0,05, aby można było uznać badanie za istotne.
** Tak, na medycynie sądowej oglądają CSI. Co więcej, podczas zajęć z chirurgii odkryliśmy w kanciapie prowadzących dr House'a na DVD. Przypuszczamy, że na anatomii oglądają Kości, a u ginekologów woleliśmy nie sprawdzać.
*** Autor tylko się odgraża, na napisanie książki jest zdecydowanie za leniwy, o czym może świadczyć fakt, że powyższą notkę pisał z przerwami przez półtora tygodnia.