czwartek, 2 maja 2013

Potwory z PubMedu rodem

Po ostatnich notkach konferencyjno-podróżniczych czas na coś lżejszego. Zanim znów wyruszymy w drogę, postanowiłem odbyć podróż w mroczne otchłanie PubMedu, a dokładniej ruszyć tropem <dramatyczna pauza> wampirów!

Ostatni, zdaniem autora, prawdziwy wampir.
Krwiopijcy są na PubMedzie reprezentowani niezbyt licznie, 54 artykuły, przy czym większość zawiera wampira w tytule metaforycznie, a artykuł jest o czosnku/nietoperzach/pobieraniu krwi, jest jednak kilka zastanawiających prac: niejaki Szajnberg wyliczył, że od czasu listu, który Abraham napisał do Freuda w 1915 roku poczyniono 439 aluzji do nieumarłych w psychoanalizie, przy czym w 288 przypadkach były to wampiry, wzmianki doczekało się także 99 zombie oraz 52 wilkołaki (biedaki, zawsze gorsze od wampirów, czy to Freud czy Stephenie Meyer).
Skoro już jesteśmy przy psychologii, w roku 2012 Gabriel i Young  przeprowadzili badanie, które wykazało, że ludzie czytający książki (w tym wypadku Harry'ego Pottera i Zmierzch) zaczynają zachowywać się psychologicznie jak czarodzieje lub wampiry, co zostało nazwane przez autorów hipotezą narracyjnej kolektywnej asymilacji.
Ta teoria nieco mną wstrząsnęła (choć nie tak, jak ta, że bohater książki "I am Legend" jest ukrytym gejem - swoją drogą, ciekawe, co Will Smith na to?) tym bardziej, że niedawno z ciekawości przeczytałem Zmierzch. Ciekaw jestem swoją drogą, czy jeśli ktoś czyta/ogląda więcej niż jedną rzecz naraz, to w efekcie tworzy się jakaś psychologiczna wypadkowa? Bo w moim wypadku efekty mogą być straszne...


Zostawmy może psychologów, zanim zwariujemy do reszty. Niektórzy naukowcy postanowili podejść do tematu wampirów metodycznie. Oto abstrakt artykułu Czy czosnek chroni przed wampirami? Badanie eksperymentalne. napisanego przez Sandvika i Baerheima z Uniwersytetu w Bergen. Pojęcia właściwie nie mam skąd ten pomysł, data nie wskazuje na Prima Aprilis, być może autorzy liczyli na IgNobla, albo nie lubią czosnku.
Strach przed wampirami jest powszechny, choć najczęściej nawiedzany jest region bałkański. Czosnek jest postrzegany jako efektywny środek profilaktyczny chroniący przed wampirami. Chcieliśmy sprawdzić ten rzekomy efekt eksperymentalnie. Z powodu braku wampirów użyliśmy zamiast nich pijawek. W ściśle wystandaryzowanych warunkach laboratoryjnych pijawki miały przyczepiać się do ręki posmarowanej czosnkiem lub nieposmarowanej. Ręka posmarowana czosnkiem była przez nie preferowana przez nie w dwóch przypadkach na trzy (95% przedział ufności pomiędzy 50,4% do 80,4%). Pijawkom wybierającym rękę posmarowaną czosnkiem przyczepienie się zajmowało 14,9 sekundy w porównaniu do 44,9 sekund u pijawek wybierających rękę nieposmarowaną (p<0,05). Tradycyjna wiara, że czosnek chroni przed wampirami jest prawdopodobnie błędna. Odwrotny efekt może być prawdziwy: to badanie pokazuje, że czosnek może przyciągać wampiry, toteż by uniknąć podobnego do bałkańskiego rozwoju sytuacji w Norwegii, powinno się rozważyć ograniczenia w używaniu czosnku.
No cóż, sądząc po tym, że 11 lat po napisaniu tej pracy ukazała się pierwsza część Zmierzchu, chyba niewielu wzięło sobie do serca przestrogi Norwegów...
 


czwartek, 25 kwietnia 2013

TriBioLife w Krakowie

Jakimś cudem wróciliśmy i zdołaliśmy się ogarnąć, więc here it is, relacja z International Medical Students' Conference:

Do Krakowa dotarliśmy bez większych przygód, za to z tradycyjnymi nocnymi rozmowami o życiu i śmierci (w pociągu każdy jest filozofem) i porannym syndromem Maleńczuka ("nie mogę leżeć, a nie mogę wstać"). Udało nam się mimo to nie zajechać do Przemyśla, znaleźć nasz hostel (całkiem przyjemne miejsce swoją drogą) i, po doprowadzeniu się do stanu używalności, wyruszyć na wyprawę w poszukiwaniu CM UJ (spory, nowoczesny budynek w sąsiedztwie prosektorium, więc podobnie jak u nas można sobie popatrzeć na lepszą przyszłość). Na miejscu odebraliśmy tradycyjny zestaw startowy (torba, identyfikator, smycz, długopis, teczka, notes, książka abstraktów, Ag liczyła na kubek, ale kubka nie było) i posiedzieliśmy trochę na sesji farmakologii - prezentacje w lengłydżu, dyskusja, z powodu braku obcokrajowców w tej sesji, po polsku. Przyzwyczajeni po Szczecinie do dość brawurowych (to chyba najlepsze słowo) dyskusji nieco się rozczarowaliśmy - do niektórych uczestników komisja nie miała żadnych pytań, ale uznaliśmy, że to pierwszy dzień konferencji i wszystko jeszcze się rozkręci.

Wracając, przeszliśmy się po rynku (po raz pierwszy), po czym nadszedł czas na ostatnie próby, które wypadły pomyślnie - powiedziałbym, że patrzyliśmy w przyszłość z optymizmem, ale ponieważ zasadniczo wszyscy widzimy szklankę ani nie do końca pełną ani też nie do końca pustą, patrzyliśmy w przyszłość z poczuciem, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, a reszta nie zależy od nas.

Nasza sesja (Neurologii i neurochirurgii) nie była może aż tak eklektyczna jak sesja nauk przedklinicznych w Szczecinie, ale i tak wybór tematów był od neurotrofinowego Sasa do bioinformatycznego Lasa, z przewagą tematów anatomiczno-chirurgicznych. Spora reprezentacja Białorusinów ze State University of Grodno sprawiła, że zarówno prezentacje jak i dyskusja prowadzone były w języku Szekspira.

Tu chciałbym pochwalić koleżankę prezentującą naszą pracę - zrobiła naprawdę dobrą robotę, wszystko zagrało na 100%, co było tym trudniejsze, że otwieraliśmy sesję. Natomiast dyskusja... to my tu, po tym jak w Szczecinie zarzucili nam, że tłumaczymy mechanizm Alzheimera na chłopski rozum, wykuwamy się z wszelkich chorób neurodegeneracyjnych, a dostajemy jedno pytanie, i to od publiczności? I to z najprostszych, o liczbę prób. A na koniec sesji komisja mówi, że jako klinicyści nie wszystkie prace zrozumieli (w sumie podejrzewam, że bariera językowa też grała tu rolę - podobno na sesji Forensic Medicine, po upewnieniu się, że na sali nie ma obcokrajowców, prezentujący przeszli na polski), a my polegliśmy (choć nie z kretesem).

Zrobiwszy swoje na konferencji, postanowiliśmy przejść się w sobotę na reklamowaną obecnie w Krakowie The Human Body Exhibition, wbrew pozorom niezwiązaną z Guntherem von Hagensem (studentom medycyny którzy odpowiadają na pytania odwiedzających nie wolno wspominać jego nazwiska - Voldemort jakiś?) Przy okazji dowiedzieliśmy się w końcu, neurolodzy prawdziwi, gdzie właściwie kończy się rdzeń kręgowy (nie tam, gdzie myślicie), jak wygląda płód czy ile naczyń krwionośnych jest w płucach:

Wstęp na wystawę kosztuje 50 zł, ale zobaczyć warto. Potem poszliśmy jeszcze do Muzeum Lotnictwa, gdzie niektórzy odkryli w sobie fetysz silników lotniczych (ze szczególnym uwzględnieniem rzędowych jednostek Maybacha), niektórzy zapragnęli mieć własnego MiG-a 29/Sopwitha Camela, a wszystkich przewiało, co jest zapewne jedną z przyczyn naszego obecnego stanu. Niedzielę spędziliśmy z kolei w okolicach Wawelu, odwiedziwszy Piłsudskiego i jego sąsiadów z krypty, polując na smoka wawelskiego, podziwiając widoki i wysyłając kartki do krewnych i znajomych.
Po wielu wrażeniach liczyliśmy na w miarę spokojny powrót, jednak, oczywiście, bez przygód się nie obeszło. W okolicach Opoczna trafiliśmy na samobójcę, oczywiście pociąg zatrzymany, czekamy aż policja złoży wszystko do kupy, w perspektywie mając spóźnienie się na przesiadkę i survival na Centralnym w Warszawie do 5:27. Na szczęście zostaliśmy przesadzeni w inny pociąg do stolicy, wprawdzie spędziliśmy tę część podróży na korytarzu, ale zawsze w ruchu, wylądowaliśmy na dworcu Warszawa Zachodnia - przesiadka Warszawa - Szczecin została opóźniona (początkowo o 50 minut) by poczekać na nas i inne opóźnione pociągi. Rozbiliśmy początkowo obóz w poczekalni, wyszliśmy jednak na peron, strollowani komunikatem, że nasz pociąg wjeżdża na dworzec. W międzyczasie opóźnienie uległo zmianie do 70 a potem do 90 minut, kilkakrotnie z rzędu zapowiedziano też ekspres do Kołobrzegu (do komunikatów używają tam Ivony, która mówi "110 minut" z wielką radością w głosie - poza tym, człowiek puszczający komunikaty ma dziwne poczucie humoru, najpierw puścił informację, że pociąg do Kołobrzegu podjeżdża na peron, podał sektory dla poszczególnych wagonów, a potem jednym ciągiem puścił informację o jego opóźnieniu), naszego pociągu nie zapowiadając już ani razu. Niniejszym dworzec Warszawa Zachodnia otrzymuje imię Eduarda Chila.

Ostatecznie wyrwaliśmy się ze stolicy około 1 w nocy, pociągiem z policją, kibicami Pogoni i miłośnikiem jeździectwa (na niby wałachu, który miał jedno jądro niezstąpione i niewycięte, przez co był nieco narowisty; pan dżokej opowiadał też inne historie, których nie przytoczę, bo czytają nas dzieci). I, o dziwo, do Szczecina przybyliśmy z niecałą godziną opóźnienia.







środa, 17 kwietnia 2013

W Krakowie...

No to jedziemy :)
Podbijać nowe tereny.
Drogie Jury Sesji Neurologicznej szykuj się na coś spektakularnego!
Mały odwyk od neta - więc podsumujemy jak wrócimy :D
Trzymajcie kciuki!
Cya!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Konferencja Biofuzje

Zapraszamy serdecznie na I Studencką Konferencję Biologii Medycznej "Biofuzje", która odbędzie się w dniach 24 - 26 maja na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.




Nie wiemy wprawdzie jeszcze, czy sami zdołamy się wybrać - chwilowo Kraków pochłania nas całkowicie, ale to chyba jedyna konferencja, gdzie będzie osobna sesja poświęcona komórkom macierzystym. Termin rejestracji abstraktów upływa 30 kwietnia, więc mamy jeszcze trochę czasu.

sobota, 13 kwietnia 2013

Tyle wygrać...

Grand Prix wprawdzie nie zdobyliśmy, ale wygraliśmy naszą sesję i załapaliśmy się na uścisk dłoni Bartosza Arłukowicza (który na konferencję wpadł dość niespodziewanie na jakieś 10 minut, w sam raz żeby wygłosić krótkie przemówienie i wręczyć Grand Prix oraz nagrody dla zwycięzców poszczególnych sesji:
  • nauk niezabiegowych (31 prac),
  • zabiegowych (29 prac)
  • nauk o zdrowiu (23 prace)
  • stomatologiczna (po raz pierwszy w historii konferencji, 9 prac, z tej sesji pochodzili zwycięzcy Grand Prix)
  • nauk przedklinicznych (10 prac, w tym nasza)
Szkoda w sumie, że rektor nie wspomniał ministrowi, że jesteśmy biotechnologami,  wiele osób bierze nas to za lekarzy, to za diagnostów laboratoryjnych, podczas gdy my istniejemy i działamy dość prężnie (sesję nauk przedklinicznych wręcz zdominowaliśmy: oprócz naszego pierwszego miejsca, trzecie miejsce zajęła koleżanka działająca w kole przy zakładzie biochemii).

Wbrew wcześniejszym obawom, dobrze poszła nam dyskusja: co prawda przewodniczący komisji niemal nas zagiął pytaniem o patomechanizm chorób neurodegeneracyjnych, ale jakoś się wybroniliśmy. Zresztą, trzeba to komisji oddać, surowi byli wobec wszystkich występujących - sam przewodniczący stwierdził podczas przemówienia zamykającego konferencję, że wie, że mógł być trochę "zaczyna się na u, kończy się na y", co rektor rozszyfrował jako "urokliwy".

Nasza sesja była dość eklektyczna: od komórek macierzystych i naszych neurotrofin, poprzez dwie prace o wpływie wyciągu z pokrzyw na hepatocyty hodowane w różnych warunkach* do dość frapującego zagadnienia "os penis jako kość niezgody między człowiekiem a innymi naczelnymi" - praca ta nie została wprawdzie oceniona gdyż była bardziej kazuistyczna niż własna, jednak autorowi udało się rozbawić komisję (szczególnie jej żeńską część), wstrząsnąć publicznością zdjęciami z usunięcia jakiemuś delikwentowi kości penisa (zabolało nawet Ag**) oraz spowodować u nas coś, co na TV Tropes określają jako Hurricane of puns (wolę nie przytaczać wszystkich, gdyż, choć staramy się, aby nie było tego widać w notkach, mamy na ogół dość betonowe poczucie humoru - m.in. kolega wyraził podziw dla prezentującego, że słowo "penis" tyle razy przeszło mu przez gardło, a prawdziwą radość wywołali znajomi, którzy stwierdzili, że nie widzieli tej prezentacji, gdyż poszli na loda***)

Wracając do poważnych spraw (uwaga, teraz będzie Miss World): chcielibyśmy podziękować pracownikom ZPO którzy pomogli nam przy przygotowywaniu pracy, cierpliwie ucząc nas przez ostatnie półtora roku wszystkiego (no może nie wszystkiego, ale wielu rzeczy) co umiemy, a także profesorowi, który umożliwił nam występ.

A już za tydzień ruszamy na podbój Krakowa. Trzymajcie za nas kciuki ;)

*niżej podpisany usiłował w czasie przerwy zagadać do koleżanki prezentującej jeden z tych tematów, jednak spotkał się z niezrozumieniem ;( 
** choroba studentów medycyny nie wybiera - skoro ja mogłem w toku studiów mieć objawy raka jajnika (choć bardziej w okolicach nerek), to czemu kobiety nie może zaboleć narząd, którego nie posiada?
*** Autor bardzo przeprasza jeśli kogoś uraził i obiecuje więcej nie robić sobie jaj.

środa, 10 kwietnia 2013

Nasza pierwsza konferencja...

...a dokładniej XLIV Konferencja Studentów Uczelni Medycznych. Nasz występ wprawdzie dopiero w sobotę, ale dzisiejszy dzień również spędziliśmy dość pracowicie, ćwicząc występy przed mniej lub bardziej wymagającą publicznością, a także kibicując występującym dzisiaj kolegom z koła przy zakładzie mikrobiologii.
Publiczność mniej wymagająca. Bardziej wymagającą był nasz profesor.
 Pełny zestaw uczestnika konferencji (z torbą :) ) otrzymamy przy rejestracji w sobotę, na razie mamy tylko Książkę Abstraktów (jakiś człowiek zrobił mi zdjęcie, gdy próbowałem rozkminić konstrukcję spisu treści, więc pewnie znajdę się w galerii jako pilny student niestrudzenie poszerzający swoją wiedzę) i ulotkę na temat samobadania w raku jąder (pierwsze słyszę).
Po wysłuchaniu kilku prezentacji nasunęło mi się kilka wniosków:
- Złe czasy nastały dla konstruktorów ścian tekstu. Im więcej tekstu, tym większe prawdopodobieństwo, że któryś członek Komisji znajdzie w nim na ciebie jakiegoś haka.
- Komisja stosuje metody zastraszania, jeśli przebrniesz to wygrałeś.
- Dyskusja z Komisją może tak skołować człowieka, że pomyli mydło z odświeżaczem do ust.
- Brak jakoś zrównoważenia między przygotowaniem merytorycznym prezentujących a przygotowaniem prezentacji. Zawsze jedno leży.
- A propos powyższego:  jeśli nie jesteś pewien, czy nawiasy piszemy tak: tekst (tekst w nawiasie), tak: tekst(tekst w nawiasie) czy tak: tekst ( tekst w nawiasie), stosowanie losowo wszystkich możliwych form zapisu, doprawione dodatkowo konsekwentną spacją przed dwukropkiem, to zły pomysł.
- Jestem prawdopodobnie jedyną osobą w promieniu stu kilometrów, którą do białej gorączki doprowadza mówienie o procentach, gdy mamy na myśli punkty procentowe.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Emocje sięgają zenitu.

Zwłaszcza Ag mdleje już ze stresu. No bo w końcu pierwsza nasza konferencja. Ci wszyscy mądrzy ludzie w komisjach i Ci wszyscy zazdrośni koledzy z innych kół naukowych, nie no, żartuję oczywiście. Na pewno będzie miło i sympatycznie.
Prezentacja już jest dogłaskiwana, przemowa prawie gotowa - tylko wygrywać.
Trzymajmy kciuki.
Jak poszło damy znać. :)
Na pożegnanie zimy...

piątek, 22 marca 2013

Spadochron a EBM

Tytułem wstępu: poniższy artykuł jest tłumaczeniem pracy Parachute use to prevent death and major trauma related to gravitational challenge: systematic review of randomised controlled trials autorstwa Gordona C. S. Smitha i Jill P. Pell. Oryginał można przeczytać tutaj.

Używanie spadochronu zapobiega śmierci i urazom związanym z działaniem siły grawitacji:  przegląd systematyczny prób randomizowanych z grupą kontrolną.

Abstrakt:
Cel: Sprawdzenie, czy spadochrony skutecznie zapobiegają urazom związanym z działaniem siły grawitacji.
Projekt doświadczenia: systematyczny przegląd prób randomizowanych z grupą kontrolną.
Źródła danych: Bazy danych Medline, Web of Science, Embase, oraz Cochrane Library; odpowiednie strony internetowe i listy cytowań.
Dobór badań: Badania pokazujące skutki użycia spadochronu podczas spadku swobodnego.
Kryteria pomiaru wyników: Śmierć lub ciężki uraz (Injury Severity Score powyżej 15).
Wyniki: Nie byliśmy w stanie odnaleźć żadnych randomizowanych prób działania spadochronu.
Wnioski: Podobnie jak w wypadku wielu innych metod zapobiegania uszczerbkowi na zdrowiu, efektywność spadochronów nie była przedmiotem rygorystycznej oceny poprzez użycie prób randomizowanych. Zwolennicy medycyny opartej na dowodach krytykowali wprowadzenie metod sprawdzonych tylko za pomocą obserwacji. Uważamy, że gdyby najbardziej zagorzali zwolennicy EBM zorganizowali i wzięli udział w randomizowanym, skrzyżowanym* badaniu nad skutecznością spadochronów, z wykorzystaniem podwójnie ślepej próby i placebo, skorzystałaby na tym cała ludzkość.

Wstęp:

Spadochrony są wykorzystywane rekreacyjnie oraz przez wojsko by zminimalizować ryzyko urazów ortopedycznych, głowy oraz tkanek miękkich spowodowanych przez oddziaływanie siły grawitacji, zazwyczaj w wyniku wyskoczenia z samolotu. Przekonanie, że spadochrony są skuteczne jest oparte w dużej mierze na dowodach anegdotycznych. Obserwacje wykazały, że ich użycie jest związane z ryzykiem urazu lub śmierci z powodu zarówno niepowodzenia procedury  jak i komplikacji jatrogennych. Dodatkowo, "historia naturalna" badań nad upadkiem swobodnym pokazuje, że niepowodzenia zarówno w zabraniu lub otwarciu spadochronu nie zawsze powodują niekorzystne efekty. Postanowiliśmy zatem przeprowadzić przegląd randomizowanych badań nad spadochronami.



Metody: 

Przeszukiwanie literatury: przeprowadziliśmy przegląd zgodnie z wytycznymi QUOROM (quality of reporting of meta-analyses). Szukaliśmy randomizowanych prób nad wykorzystaniem spadochronu w bazach Medline, Web of Science, Embase i Cochrane Library, na odpowiednich stronach internetowych i indeksach cytowań. Wyszukiwano słów "spadochron" oraz "próba". Nie narzucaliśmy żadnych ograniczeń językowych i włączaliśmy do pracy każde badanie obejmujące skoki z wysokości większej niż 100 metrów. Zaakceptowaną metodą było płócienne urządzenie, przyczepione linkami do uprzęży noszonej przez uczestnika badania i uruchamiane (ręcznie lub automatycznie) podczas swobodnego spadku w celu zredukowania prędkości spadania. Wyłączyliśmy badania nieposiadające grupy kontrolnej.
Definicja wyniku: najważniejszymi sprawdzanymi wynikami były śmierć lub poważny uraz, zdefiniowany jako Injury Severity Score (ISS) powyżej 15.
Wyniki: Nasza strategia wyszukiwania nie pozwoliła na znalezienie żadnych randomizowanych badań z grupą kontrolną prowadzonych nad spadochronami.

Dyskusja: 

Duma oparta na dowodach i obserwacyjne uprzedzenie:  Jest ogólnie przyjętą prawdą, że zabieg medyczny, którego skuteczność oparta jest tylko na obserwacjach musi zostać zweryfikowany przez randomizowaną próbę z grupą kontrolną. Badania obserwacyjne są skażone przez tendencyjny dobór danych i uprzedzenia badaczy. Przykładowo, wykazały one, że kobiety używające hormonalnej terapii zastępczej mają niższe ryzyko choroby niedokrwiennej serca, co doprowadziło do uznania jej za metodę obniżenia ryzyka zachorowania. Jednakże, randomizowane badanie wykazało, że tak naprawdę hormonalna terapia zastępcza zwiększa ryzyko wystąpienia choroby niedokrwiennej serca, wykazując, że poprzednie obserwacje były wynikiem uprzedzenia. Przypadki takie jak ten pokazują, że procedury medyczne oparte na obserwacjach powinny być szczegółowo sprawdzane, a spadochrony nie są wyjątkiem.

Naturalna historia zmagań z grawitacją: Efektywność interwencji powinna być porównywana z jej brakiem. Zrozumienie historii swobodnych upadków jest zatem niezbędnie konieczne. Gdyby niepowodzenie przy użyciu spadochronu wiązało się ze stuprocentową śmiertelnością, każdy przypadek przeżycia związany z jego użyciem mógłby być postrzegany jako dowód na jego efektywność. Jednakże, niekorzystne efekty niezastosowania spadochronu nie są nieuniknione: znane są przypadki przetrwania upadku z ponad 10 tysięcy metrów. Dodatkowo, użycie spadochronu również jest związane ze śmiertelnością i urazami, co częściowo jest spowodowane przez błędne zastosowanie procedury jak i, podobnie jak w przypadku każdej procedury, przez komplikacje jatrogenne. Dlatego też potrzebne jest badanie obliczające ryzyko i korzyści stosowania spadochronów.

Spadochron i efekt zdrowej kohorty: Jedną z największych wad badań obserwacyjnych jest możliwość przekłamań, szczególnie przy doborze grupy i rejestrowaniu danych, których można uniknąć przez projektowanie badań randomizowanych. Ważnym czynnikiem przy używaniu spadochronów jest fakt, że osobnicy wyskakujący z samolotów bez spadochronu mają duże prawdopodobieństwo wcześniejszego występowania zaburzeń psychicznych, z kolei używający spadochronów są prawdopodobnie zdrowsi psychicznie, choć mogą tu grać rolę również inne czynniki demograficzne, takie jak przychód czy palenie papierosów. Przez to jest możliwe, że obserwowany pozytywny wpływ spadochronu na przeżycie jest w dużej mierze wynikiem tzw. "efektu zdrowej kohorty". Badania obserwacyjne zazwyczaj wykorzystują wielowartościowe metody analizy statystycznej by z jak najwyższym prawdopodobieństwem obliczyć ryzyko występowania takich przekłamań. W przypadku spadochronu nie przeprowadzono takich analiz, co dla ekspertów od EBM jest równie niestrawne jak wspomniane wyżej metody statystyczne.

Medykalizacja spadku swobodnego: Często mówi się, że lekarze to ogarnięte obsesją chorób i władzy monstra, które nie spoczną, póki nie będą kontrolować każdego aspektu naszego życia (Journal of Social Science, wybierz sobie tom). Kwestią kontrowersyjną jest, czy presja używania spadochronów wywierana na ludziach jest kolejnym przypadkiem demonizowania naturalnego, rozszerzającego doznania doświadczenia. Rozpowszechnione ich stosowanie może być kolejnym przypadkiem obsesji lekarzy na punkcie zapobiegania chorób i ich bezpodstawnej wiary w to, że niesprawdzone technologie są skuteczne przeciwko okazjonalnym negatywnym efektom.

Spadochrony a przemysł zbrojeniowy: Jakkolwiek podejrzani są lekarze, są na świecie siły od nich potężniejsze i bardziej złowrogie. Produkcja spadochronów jest źródłem miliardów dolarów dla międzynarodowych korporacji, które nie wysycha tylko dzięki wierze w ich niezawodność i skuteczność. Wątpliwe jest, by korporacje te chciały poddać swoje produkty randomizowanym, niezależnym badaniom. Co więcej, sponsorowani przez przemysł badacze chętniej wyciągają wnioski na korzyść produktu, przez co jest wątpliwe, czy wyniki takich prób są rzetelne.

Wezwanie (karetki) do boju**: Istnieją tylko dwie opcje. Pierwsza, to zaakceptowanie faktu, że, w wyjątkowych okolicznościach, zdrowy rozsądek może być użyty przy rozpatrywaniu potencjalnego ryzyka i korzyści z interwencji. Drugą jest kontynuacja naszych poszukiwań Świętego Graala Medycyny Opartej Wyłącznie Na Dowodach i zakazać użycia spadochronów do czasu przeprowadzenia rzetelnych badań. Przekonanie, jakie stworzyliśmy w populacji może spowodować trudności w rekrutacji wśród nieoświeconych mas ochotników do takich prób. W takim wypadku jesteśmy pewni, że najzagorzalsi zwolennicy EBM i przeciwnicy stosowania interwencji niesprawdzonych w ten sposób nie będą się wahać by zademonstrować swoje poświęcenie przez zgłoszenie się na ochotnika do podwójnie ślepej, randomizowanej, skrzyżowanej próby z wykorzystaniem placebo.

Twórcy: GCSS miał pomysł, JPP chciała go od niego odwieść. JPP pierwsza przeszukała literaturę, ale GCSS zgubił jej wyniki. GCSS napisał manuskrypt, a JPP wykreśliła najlepsze żarty. GCSS jest gwarantem, a JPP uważa, że dobrze mu tak.
Finansowanie: brak
Konflikt interesów: brak
Zgoda komisji bioetycznej: niewymagana



* crossover study, polega z grubsza na tym, że po sprawdzeniu danego leku, grupy otrzymujące lek i placebo są zamieniane miejscami [przyp. tłum.]
** tłumacz stawia dowolny napój każdemu, kto wymyśli lepszą grę słów, która odda oryginalne "call to (broken) arms"
 

sobota, 9 marca 2013

Dostaliśmy się...

... w dniach 18-20 kwietnia wypatrujcie nas w Krakowie ;)

Jako bonus coś, co wciąż nas zastanawia:
Skąd się tam wziął link do naszej strony i kto u nas szukał filmów przyrodniczych? Są na świecie rzeczy, o których nie śniło się fizjologom (i od tego jesteśmy my, patolodzy), ale to przeszło nasze pojęcie.

PS: gdyby ktoś się zastanawiał, czy mysz jest w stanie przegryźć się przez kevlar: jest w stanie.

wtorek, 5 marca 2013

Czekamy na wieści z Krakowa

Według strony Collegium Medicum UJ "Informacja o abstraktach przyjętych na Konferencję pojawi się po 5.03.13r." - czyli może to być równie dobrze jutro jak i za miesiąc.
W międzyczasie w Szczecinie uchwalono projekt finansowania leczenia niepłodności metodą in vitro. Wygląda jednak na to, że będzie miał on ciężkie, nomen omen, dzieciństwo - przeciwko jest prezydent miasta, a część radnych woli zamiast in vitro finansować koncert, którego nie będzie. Powstał również front przeciwników dofinansowania, skupiający zarówno wiernych uczniów naszego starego znajomego arcybiskupa Dzięgi, jak i ludzi uważających, że dofinansowanie in vitro powinno odbywać się z budżetu centralnego. Tak czy owak, front ów wykupił reklamy w komunikacji miejskiej (99 zeta za monitor) obwieszczające pasażerom, że 14 tysięcy Szczecinian podpisało protest przeciwko finansowaniu in vitro z budżetu miasta (co ciekawe, wszystkie źródła internetowe mówią o trzynastu tysiącach) - co na 401 211 mieszkańców daje niecałe 3,5% (czyli, skoro wg. arcybiskupa Dzięgi "katolik nie może popierać in vitro", albo są u nas kiepscy katolicy, albo jest ich nieco mniej niż mityczne 95%).
Swoją drogą, mieliśmy niedawno wykład z panem pracującym w klinice leczenia niepłodności, który opowiadał, że swego czasu nawiedziła ich dziennikarka Gościa Niedzielnego, która,  przyjrzawszy się ich pracy, a przede wszystkim pacjentom, uświadomiła sobie, że in vitro nie robią sobie sataniści i kosmici, lecz zwyczajni ludzie, po czym napisała artykuł, którego w GN nie puścili... Niby cenzura umarła wraz z komuną, którą Kościół podobno zaciekle zwalczał, ale sentyment każdy może czuć.