... a w przyszłości zapewne jeszcze nauczycielem wdżwr, sprzątaczką i swatką, bo szczury chwilowo albo się nie rozmnażają, albo robią młodym śliski kocyk, a sobie sesję zdjęciową na koniu (a nie, to nie ta bajka), tym sposobem blokując rozpoczęcie przeze mnie magisterki. Zresztą gryzonie chyba generalnie mnie nie lubią, latem w Warszawie myszy też rozmnażały się dość opornie, choć prawdopodobnie była to wina mutacji jaką miały. W ramach poczynienia kolejnych obserwacji planuję wyjazd na wieś, żeby sprawdzić czy kury przestaną się nieść.
O, to będzie moje wyjście awaryjne.
Prace magisterskie rozkręcają się wprawdzie powoli, ruszyło się natomiast w kwestii koła naukowego - przygotowaliśmy listę konferencji na które chcielibyśmy pojechać - starczyło nam fantazji na jakieś pół Polski a także kawałek Europy (Maastricht, Berlin, Koszyce), profesor mówił, że gdybyśmy pojechali na choćby 1/3 tych konferencji, byłoby bardzo dobrze (spodobały mu się Koszyce - sprawdziliśmy wstępnie możliwości transportu i tu ciekawostka: aby dostać się tam samolotem, należałoby lecieć z Goleniowa do Warszawy, z Warszawy do Berlina, z Berlina do Pragi i stamtąd do Koszyc, więc droga powietrzna odpada. W najgorszym wypadku zbierzemy drużynę i wyruszymy pieszo). Chwilowo jesteśmy na etapie pisania abstraktu (w Krakowie zażyczyli go sobie na 10 lutego i to po angielsku, a konferencja będzie dopiero w kwietniu).
A jutro, w ramach przygotowania do badania siatkówki u gryzoni idziemy na OCT - chwilowo na myszach, u których w przeciwieństwie do szczurów, jest ponoć dość wesoło (jak w akademiku na wiosnę, i nawet wystrój trochę podobny)
poniedziałek, 28 stycznia 2013
czwartek, 17 stycznia 2013
Jedenaste: nie zanudzaj
Kiedy w poniedziałek siedziałem na zajęciach z praktycznej nauki metod analitycznych (fakultet, który mamy razem z pierwszym rokiem) przyglądając się prezentacjom przygotowanym przez młodszych kolegów, uderzyło mnie, jak wielu z nich nie ma pojęcia, jak taką prezentację przygotować. Zresztą, co tam pierwszy rok, wielu naszych kolegów ma ten sam problem. Nie mówię tu o samym prowadzeniu wykładu (sam mówię zdecydowanie za szybko i niekiedy gubię się w tym co mówię), ale o takich opracowaniu slajdów, by sam ich widok przyciągał uwagę słuchacza. Słusznie to zauważyła współautorka bloga, na widok kolejnej ściany tekstu serwowanej nam przez dwie panie mówiąc "nic się po naszej prezentacji nie nauczyli".
Właśnie, ściana tekstu, to pierwsza rzecz, którą chciałbym tu omówić. Wynika z lenistwa (najczęściej), głupoty (niewiele rzadziej) i nieumiejętności "wczucia się" w rolę słuchacza. Polega na wklejeniu (na ogół bezpośrednio z wikipedii, lub co gorsza z Google Translatora) dość długiego tekstu, na ogół czcionką rozmiaru 10, żeby więcej się zmieściło i żeby co bardziej dociekliwy widz nie zauważył błędów językowych, przecinków w niewłaściwych miejscach lub, w niektórych przypadkach, dość widowiskowego orta*. Dodajmy do tego czytanie całego tekstu monotonnym, niezbyt wyraźnym głosem i już mamy przepis na to, żeby pół sali usnęło, a drugie rzucało wszetecznicami przy każdej zmianie slajdu.
Zresztą, różnica między czymś takim (tak, Google Translator):
A czymś takim:
Slajd pochodzi z przygotowanej przez nas w zeszłym roku prezentacji "Doping genowy - czy nadchodzi era genogladiatorów?"
Jeśli ktoś jest wybitnie ścisłym umysłem, to podobno idealna proporcja tekstu na slajdzie to 6 linijek, po 6 słów w każdej. Kominek w szczecińskim seminarium dla blogerów, w którym miałem okazję uczestniczyć, podał też proporcję "jeden obrazek na 2000 znaków", choć moim zdaniem w prezentacjach obrazków powinno być nawet więcej (ideałem byłaby prezentacja bez tekstu, ale przyjmijmy, że jesteśmy leniwi).
A skoro już o obrazkach mowa:
Oprawa graficzna to bardzo ważny element prezentacji. Dobrze dobrana, ułatwia "sprzedanie" tematu słuchaczom, a im samym zapamiętanie tego, co przekazujemy. Ilustracje "rozbijają" ścianę tekstu na bardziej strawne fragmenty (jak wiadomo, pamięć krótkotrwała zapamiętuje od 2 do 7 porcji informacji jednocześnie - stąd też być może proporcja "6 na 6") Obrazki mogą pełnić trzy zasadnicze funkcje:

Schemat reakcji far-western blot, który wykorzystaliśmy w naszej ostatniej prezentacji.

Podobną funkcję pełnią też zdjęcia kotów lub innych zwierząt** umieszczane na końcu prezentacji.
Jeśli ktoś w czasie przygotowywania prezentacji nudzi się wybitnie, może pobawić się w tworzenie spójnej szaty graficznej dla całej prezentacji. Nam zdarzyło się to może dwa razy, przy Erze Genogladiatorów (naprzemiennie slajdy w czarnej i białej kolorystyce, dużo obrazków w stylu tego biegnącego człowieka) i na prezentacji z enzymologii, bodajże o wirusowych genach w ludzkim DNA, która była czarna, a na wszystkich obrazkach przewijał się motyw puzzli. Ostatnimi czasy odeszliśmy zresztą od ciemnych kolorów, bloty np. były żółtopomarańczowe.
Wiem co mówię... albo i nie.
Jedna z grup prezentujących na poniedziałkowym wykładzie miała dość wyboistą drogę - jeden z jej członków tak zamotał się w tym co mówił, że w końcu jego koleżanka nie wytrzymała, przerwała mu i dokończyła omawianie slajdu za niego. Zdecydowanie, warto jest przeczytać prezentację przed zaprezentowaniem, choćbyśmy nawet zamierzali pójść na łatwiznę i czytać ze slajdów. Pewnego dnia może się przecież znaleźć ktoś, kto będzie miał jakieś pytania. Skrajny przypadek widziałem, będąc na pierwszym roku (kiedy też nie umiałem robić prezentacji) - kolega, który był z nami w grupie dał nam telefon, który następnie wyłączył na jakiś tydzień, z zajęć też zniknął, a kiedy postawiliśmy już na nim krzyżyk, pojawił się nagle na zajęciach, na których mieliśmy przedstawić prezentację. Kazaliśmy mu czytać, szło mu, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Swoją drogą, kolega wkrótce zniknął definitywnie.
Wyprawiając się do źródeł, uważaj, aby nie zbłądzić w stronę Bullshit Mountains
Przykład z zeszłego roku: dwie koleżanki przygotowały prezentację na temat klonowania. Do pewnego momentu szło dobrze, bez szału ale i bez jakichś widowiskowych wtop. Prezentacja miała się ku końcowi, gdy koleżanki uznały za stosowne wspomnieć o Raelianach finansujących Clonaid. I to nie w kontekście, powiedzmy, rozrywkowym, ale z pełną powagą, łącznie z tym, że podobno już kogoś tam sklonowali.
Wracając na Ziemię: prezentacja to nie notka na blogu, w której, znów cytując Kominka, subiektywizm jest nawet wskazany (opinie, nie fakty, fakty to można na portalu z newsami zobaczyć). Warto poszukać informacji w kilku źródłach (uwaga - naukowych, nie pseudonaukowych). Wspomniane koleżanki wkrótce po rewelacjach o kosmitach przygotowały prezentację o etyce w biotechnologii, którą prowadzący zajęcia określił później jako "45 minut nauki Kościoła" (osobiście uwzględniłbym to, ale ze stanowiskami innych religii, jak również świeckimi). Inny przykład to prezentacja o GMO przygotowywana przez pierwszy rok, po której wiele sobie obiecywałem, niestety sprowadziła się ona głównie do zachwytów nad prof. Seralinim - bez pokazania stanowiska drugiej strony, choć zapewne nie ze względu na brak źródeł. Bardzo brakowało mi też wtedy czasu na dyskusję (moim zdaniem zadawanie prezentacji bez późniejszej dyskusji nad nimi nie ma większego sensu).
Podsumowanie:
Aby przygotować dobrą prezentację, nie wystarczy wkleić na slajdy tekstu z wikipedii/abstraktu losowej pracy którą znajdziemy na PubMedzie. Warto poświęcić trochę czasu, może nawet niekoniecznie żeby zainteresować kogoś tematem, ale żeby przede wszystkim nie zanudzić go na śmierć.
Ja również mam nadzieję, że nie zanudziłem was wszystkich.
*Autor zna ludzi, którzy po 3 latach studiowania konsekwentnie piszą "biohemia".
** W rzadkich przypadkach własnych dzieci.
Właśnie, ściana tekstu, to pierwsza rzecz, którą chciałbym tu omówić. Wynika z lenistwa (najczęściej), głupoty (niewiele rzadziej) i nieumiejętności "wczucia się" w rolę słuchacza. Polega na wklejeniu (na ogół bezpośrednio z wikipedii, lub co gorsza z Google Translatora) dość długiego tekstu, na ogół czcionką rozmiaru 10, żeby więcej się zmieściło i żeby co bardziej dociekliwy widz nie zauważył błędów językowych, przecinków w niewłaściwych miejscach lub, w niektórych przypadkach, dość widowiskowego orta*. Dodajmy do tego czytanie całego tekstu monotonnym, niezbyt wyraźnym głosem i już mamy przepis na to, żeby pół sali usnęło, a drugie rzucało wszetecznicami przy każdej zmianie slajdu.
Zresztą, różnica między czymś takim (tak, Google Translator):
Aktynina jest białkiem mikrowłókien. α-aktynina jest niezbędne do zamocowania włókien aktyny do Z-linie w komórkach mięśni szkieletowych, a także do gęstych organów w komórkach mięśni gładkich.Funkcjonalne białko przeciwrównolegle dimer, które sieciujących cienkich włókien w przylegających sarkomerów, i w związku z tym między skoordynowane skurcze sarkomerów w osi poziomej.
Non-α-actinins sarkomeru (ACTN1 i ACTN4) są powszechnie wyrażane. Oba końce w kształcie pręta α-aktyny aktynina dimeru zawierają domeny wiążące.
Mutacje w ACTN4 może powodować choroby nerek ogniskowej segmentowe stwardnienie kłębuszków nerkowych.
A czymś takim:
Slajd pochodzi z przygotowanej przez nas w zeszłym roku prezentacji "Doping genowy - czy nadchodzi era genogladiatorów?"
Jeśli ktoś jest wybitnie ścisłym umysłem, to podobno idealna proporcja tekstu na slajdzie to 6 linijek, po 6 słów w każdej. Kominek w szczecińskim seminarium dla blogerów, w którym miałem okazję uczestniczyć, podał też proporcję "jeden obrazek na 2000 znaków", choć moim zdaniem w prezentacjach obrazków powinno być nawet więcej (ideałem byłaby prezentacja bez tekstu, ale przyjmijmy, że jesteśmy leniwi).
A skoro już o obrazkach mowa:
Oprawa graficzna to bardzo ważny element prezentacji. Dobrze dobrana, ułatwia "sprzedanie" tematu słuchaczom, a im samym zapamiętanie tego, co przekazujemy. Ilustracje "rozbijają" ścianę tekstu na bardziej strawne fragmenty (jak wiadomo, pamięć krótkotrwała zapamiętuje od 2 do 7 porcji informacji jednocześnie - stąd też być może proporcja "6 na 6") Obrazki mogą pełnić trzy zasadnicze funkcje:
- Skojarzeniową - taką właśnie pełni w przedstawionym wyżej slajdzie ów biegnący człowieczek, ułatwia on wzrokowe zapamiętanie slajdu o aktyninie. Jeśli prezentację przygotowujemy w grupach, warto urządzić burzę mózgów na temat "co nam się kojarzy z danym tematem" i na tej podstawie dobierać ilustracje.
- Informacyjną - czyli wszelkie wykresy, tabele i schematy (na slajdzie o aktyninie mamy np. schemat tworzenia się różnych wariantów białka). Jeśli chcemy opisać jakiś proces, warto sprawdzić, czy w internecie nie ma jego schematu - zaoszczędzimy czas i unikniemy pokusy zbudowania kolejnej ściany tekstu.
Schemat reakcji far-western blot, który wykorzystaliśmy w naszej ostatniej prezentacji.
- Humorystyczny wstęp/przerywnik - przoduje w tym wspomniany w poprzedniej notce Hiszpan, który na początku każdej prezentacji zamieszcza jakiś związany z tematem żart lub komiks.
Podobną funkcję pełnią też zdjęcia kotów lub innych zwierząt** umieszczane na końcu prezentacji.
Jeśli ktoś w czasie przygotowywania prezentacji nudzi się wybitnie, może pobawić się w tworzenie spójnej szaty graficznej dla całej prezentacji. Nam zdarzyło się to może dwa razy, przy Erze Genogladiatorów (naprzemiennie slajdy w czarnej i białej kolorystyce, dużo obrazków w stylu tego biegnącego człowieka) i na prezentacji z enzymologii, bodajże o wirusowych genach w ludzkim DNA, która była czarna, a na wszystkich obrazkach przewijał się motyw puzzli. Ostatnimi czasy odeszliśmy zresztą od ciemnych kolorów, bloty np. były żółtopomarańczowe.
Wiem co mówię... albo i nie.
Jedna z grup prezentujących na poniedziałkowym wykładzie miała dość wyboistą drogę - jeden z jej członków tak zamotał się w tym co mówił, że w końcu jego koleżanka nie wytrzymała, przerwała mu i dokończyła omawianie slajdu za niego. Zdecydowanie, warto jest przeczytać prezentację przed zaprezentowaniem, choćbyśmy nawet zamierzali pójść na łatwiznę i czytać ze slajdów. Pewnego dnia może się przecież znaleźć ktoś, kto będzie miał jakieś pytania. Skrajny przypadek widziałem, będąc na pierwszym roku (kiedy też nie umiałem robić prezentacji) - kolega, który był z nami w grupie dał nam telefon, który następnie wyłączył na jakiś tydzień, z zajęć też zniknął, a kiedy postawiliśmy już na nim krzyżyk, pojawił się nagle na zajęciach, na których mieliśmy przedstawić prezentację. Kazaliśmy mu czytać, szło mu, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Swoją drogą, kolega wkrótce zniknął definitywnie.
Wyprawiając się do źródeł, uważaj, aby nie zbłądzić w stronę Bullshit Mountains
Przykład z zeszłego roku: dwie koleżanki przygotowały prezentację na temat klonowania. Do pewnego momentu szło dobrze, bez szału ale i bez jakichś widowiskowych wtop. Prezentacja miała się ku końcowi, gdy koleżanki uznały za stosowne wspomnieć o Raelianach finansujących Clonaid. I to nie w kontekście, powiedzmy, rozrywkowym, ale z pełną powagą, łącznie z tym, że podobno już kogoś tam sklonowali.
Wracając na Ziemię: prezentacja to nie notka na blogu, w której, znów cytując Kominka, subiektywizm jest nawet wskazany (opinie, nie fakty, fakty to można na portalu z newsami zobaczyć). Warto poszukać informacji w kilku źródłach (uwaga - naukowych, nie pseudonaukowych). Wspomniane koleżanki wkrótce po rewelacjach o kosmitach przygotowały prezentację o etyce w biotechnologii, którą prowadzący zajęcia określił później jako "45 minut nauki Kościoła" (osobiście uwzględniłbym to, ale ze stanowiskami innych religii, jak również świeckimi). Inny przykład to prezentacja o GMO przygotowywana przez pierwszy rok, po której wiele sobie obiecywałem, niestety sprowadziła się ona głównie do zachwytów nad prof. Seralinim - bez pokazania stanowiska drugiej strony, choć zapewne nie ze względu na brak źródeł. Bardzo brakowało mi też wtedy czasu na dyskusję (moim zdaniem zadawanie prezentacji bez późniejszej dyskusji nad nimi nie ma większego sensu).
Podsumowanie:
Aby przygotować dobrą prezentację, nie wystarczy wkleić na slajdy tekstu z wikipedii/abstraktu losowej pracy którą znajdziemy na PubMedzie. Warto poświęcić trochę czasu, może nawet niekoniecznie żeby zainteresować kogoś tematem, ale żeby przede wszystkim nie zanudzić go na śmierć.
*Autor zna ludzi, którzy po 3 latach studiowania konsekwentnie piszą "biohemia".
** W rzadkich przypadkach własnych dzieci.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
EBM - czyli medyczna spychologia.
Evidence - Based Medicine - taki górnolotny tytuł miała konferencja, której słuchaczami (bo na dyskusję jako taką zabrakło czasu) mieliśmy okazję być w poprzednim miesiącu.
Zaproszeni goście i mówcy byli ludźmi skutecznie publikującymi już od studenckich lat (tak przynajmniej mi się wydawało) i w dobrej wierze starali się nam przekazać w ciągu swoich 45 - 90 minut wykładów całą istotę przygotowania i wykonania badań, od statystycznego ich opracowania do ostatecznego zamieszczenia w czasopiśmie o wysokim Impact Factor :)
Tak więc z pierwszych prezentacji padło wiele mądrych rad, wiele cennych wskazówek jak czytać prace przeglądowe, czy jak skracać tematy, bo w końcu te największe miały tematy zwięzłe - jako przykład powołano się nawet na Marię S-C czy Kopernika. Ogólnie wniosek z tego był taki, żeby całej pracy w tytule nie zawierać. Amen.
Z kolei pan statystyk rozpoczął swój wykład niefortunnym, jeśli o nas chodzi, zdaniem, które parafrazując brzmiało, że nie musimy wiedzieć jak program statystyczny działa, tylko mamy wiedzieć co my od tego programu chcemy.
Zaprzecza to naukom Hiszpana (naszego wykładowcy od pierwszego roku studiów, z którym przebrnęliśmy przez Matematykę ze statystyką, Bioinformatykę i teraz brniemy przez Biostatystykę), który od początku naszej znajomości z nim i platformą R wpaja nam, że przede wszystkim mamy zrozumieć podstawy programu, żeby ewentualnie móc potem z niego świadomie korzystać. Ile osób u nas na roku spełni ten warunek? Może statystyka Bayesa mogłaby nam na to odpowiedzieć.
Ostatecznie konkluzją jak zwykle była Gloria w kierunku P (p-value, Pi czy jak kto tam to nazywa) i na tym referat się zakończył, a wyzuci z wszelkich uczuć i przemyśleń po 90 minutach statystyki studenci innych kierunków wyszli na przerwę kawowo-muffinkową :D
No i ostatni wykład, o którym krótko wspomnę, o sensie prowadzenia badań naukowych - oczywiście nie wszystkich - ale sporą część pewnie można by było do tego podciągnąć. Bo tak naprawdę z wszystkiego da się wyciągnąć p-value (mniejsze lub większe) ale pytanie - czy zawsze jest sens? Bo dla kogo są prowadzone badania nad ryzykiem zachorowania w piątek 13-go?
A z drugiej strony - nikt nie prowadził nigdy badań nad tym, czy spadochron wpływa na przeżywalność wśród skoczków. A mimo to, nikt nie zaprzeczy że p-value będzie tu spore. Tylko jak do takich badań dobrać grupę kontrolną? Może z samych badaczy?
Zaproszeni goście i mówcy byli ludźmi skutecznie publikującymi już od studenckich lat (tak przynajmniej mi się wydawało) i w dobrej wierze starali się nam przekazać w ciągu swoich 45 - 90 minut wykładów całą istotę przygotowania i wykonania badań, od statystycznego ich opracowania do ostatecznego zamieszczenia w czasopiśmie o wysokim Impact Factor :)
Tak więc z pierwszych prezentacji padło wiele mądrych rad, wiele cennych wskazówek jak czytać prace przeglądowe, czy jak skracać tematy, bo w końcu te największe miały tematy zwięzłe - jako przykład powołano się nawet na Marię S-C czy Kopernika. Ogólnie wniosek z tego był taki, żeby całej pracy w tytule nie zawierać. Amen.
Z kolei pan statystyk rozpoczął swój wykład niefortunnym, jeśli o nas chodzi, zdaniem, które parafrazując brzmiało, że nie musimy wiedzieć jak program statystyczny działa, tylko mamy wiedzieć co my od tego programu chcemy.
Zaprzecza to naukom Hiszpana (naszego wykładowcy od pierwszego roku studiów, z którym przebrnęliśmy przez Matematykę ze statystyką, Bioinformatykę i teraz brniemy przez Biostatystykę), który od początku naszej znajomości z nim i platformą R wpaja nam, że przede wszystkim mamy zrozumieć podstawy programu, żeby ewentualnie móc potem z niego świadomie korzystać. Ile osób u nas na roku spełni ten warunek? Może statystyka Bayesa mogłaby nam na to odpowiedzieć.
Ostatecznie konkluzją jak zwykle była Gloria w kierunku P (p-value, Pi czy jak kto tam to nazywa) i na tym referat się zakończył, a wyzuci z wszelkich uczuć i przemyśleń po 90 minutach statystyki studenci innych kierunków wyszli na przerwę kawowo-muffinkową :D
No i ostatni wykład, o którym krótko wspomnę, o sensie prowadzenia badań naukowych - oczywiście nie wszystkich - ale sporą część pewnie można by było do tego podciągnąć. Bo tak naprawdę z wszystkiego da się wyciągnąć p-value (mniejsze lub większe) ale pytanie - czy zawsze jest sens? Bo dla kogo są prowadzone badania nad ryzykiem zachorowania w piątek 13-go?
A z drugiej strony - nikt nie prowadził nigdy badań nad tym, czy spadochron wpływa na przeżywalność wśród skoczków. A mimo to, nikt nie zaprzeczy że p-value będzie tu spore. Tylko jak do takich badań dobrać grupę kontrolną? Może z samych badaczy?
Ogólnie cały sens tego w tym, żeby nasze badania komuś się potem przydały. Żeby wniosły coś do diagnostyki, leczenia czy choćby do dalszych badań. I myślę, tu też o eksperymentach, które pokazują, że nie tędy droga...
Bo potem jacyś lekarze, diagnozując na podstawie objawów czy wyników laboratoryjnych i molekularnych, powiedzą, że w takiej publikacji, o tym i o tym, ktoś badania robił, że to będzie świadczyło o tej i o tej chorobie. Nie nasza wina, że źle zdiagnozowaliśmy. Odpowiedzialność badań naukowych jest spora, i mimo, że nie zwalnia nikogo potem z myślenia, warto o tym pamiętać robiąc wszelkie publikacje.
To tyle, a teraz lecę bo zgłosiłam się dziś na badania umiejętności odróżniania brandy od whisky.
Ciao!
środa, 9 stycznia 2013
Behind the scenes
Oto potęga social media: dowiedzieć się o istnieniu tagu #OverlyhonestMethods na twitterze z facebooka, aby następnie opisać go na blogu, założonym na platformie należącej do Google. Dla nietweetujących wyjaśnię pokrótce, że wszelkie tweety opatrzone wspomnianą etykietką można wygodnie przeglądać w jednym miejscu (idea starsza niż internet). Ciekawa jest natomiast idea owego taga: dzielenie się przez naukowców rozmaitymi dziwnymi, zabawnymi oraz niekonwencjonalnymi metodami pracy. Oto kilka przykładów:
Inkubacja trwała 3 dni, ponieważ dopiero wtedy doktorant przypomniał sobie o eksperymencie.
pH buforu B było ustalone za pomocą HCl... potem za pomocą NaOH... a potem znów za pomocą HCl(to akurat zdarzyło mi się w Warszawie - skończyło się na tym, że bufor prawie nie mieścił się w zlewce, a pH nijak nie chciało osiągnąć zamierzonego poziomu)
Próbki krwi zostały zwirowane przy 1500 rpm, gdyż wirówka wydaje straszne odgłosy przy wyższych prędkościach.(w sumie należę do paranoików, którzy po włączeniu wirówki odsuwają się na teoretycznie bezpieczną odległość)
Nie podpisałem probówek, ale sądząc po wynikach, ta musi być próbą kontrolną.
Użyliśmy Bayesian latent variable multilevel regression, bo w tym czasopiśmie publikują tylko badania wykonane za pomocą nowych, fajnych metod.Nie podejmuję się przetłumaczenia tej nazwy, nie tylko dlatego, że jutro mam zaliczenie z Bayesa.
Sprawdziliśmy teorię na magistrantach, bo są tani i łatwo dostępni.W przeciwieństwie do myszy, sami przychodzą do zakładu?
Użyliśmy tej metody statystycznej, bo miała najmniej greckich liter.
Zmieniliśmy technikę, bo darmowy kod działa tylko pod Linuxem, a my chcemy zachować zdrowie psychiczne.Akurat dla nas już za późno...
Próbki były przechowywane w -80 stopniach, zamiast, jak mówi protokół, w -60, bo nikt nie umiał zmienić ustawień zamrażarki.
Próbki sortował ekspert (student-wolontariusz, który w życiu tego nie robił)To samo napiszą o tym...
Maszyna do PCR się zepsuła, więc użyliśmy starszej metody: blendera i stopera.Kary Mullis style!
Użyliśmy tej linii komórkowej, bo akurat leżała w lodówce.
Dopisaliśmy jako współautora pracy technika z laboratorium, bez którego pierwszy autor do dzisiaj nie wiedziałby, jak obliczyć stężenie molowe.
Eksperyment był powtarzany ręcznie co 6 godzin, ponieważ doktoranci są tańsi niż zautomatyzowany sprzęt.W sumie, poza podobnymi do wyżej opisanych, nie przypominam sobie wielu historii tego typu, chociaż, na przykład, w zeszłym roku przeprowadziliśmy szkiełko przez szereg alkoholowy w kolejności stężeń 90%, 80%, 100% przez połowę czasu ("- spoko, nikt nie widział... - a jak to wyjdzie? - to włóżmy do setki na chwilę"), a będąc w Warszawie dowiodłem eksperymentalnie, że falkony 50 ml nie najlepiej znoszą autoklawowanie, gdy są zakręcone na maksa (w sumie próbka była mała, wynosiła 1 falkon, ale rezultaty są zapewne powtarzalne).
piątek, 21 grudnia 2012
Idą święta...
... a wraz z nimi czas wolny. Można go spędzić mniej (pierwsze z dzisiejszych propozycji) lub bardziej produktywnie.
Propozycja pierwsza: Pandemic 2 Co prawda Majowie lekko się machnęli co do końca świata, ale jeśli chcemy, możemy sobie go sami zmajstrować. Grę stworzyli prawdopodobnie sfrustrowani mikrobiolodzy, grając można się dowiedzieć między innymi, że rządy państw potrafią zamknąć lotniska i porty na wieść o wirusie, który nie daje żadnych objawów i którego nosicielami jest raptem tysiąc osób w Rosji (gdyby tak było naprawdę, wirus EBV sparaliżowałby cały świat...), a najbezpieczniejszym w przypadku epidemii państwem jest Madagaskar (grając kilka razy można naprawdę znienawidzić tę wyspę...). Pomimo tych dziwactw, grę da sięwykończyć ukończyć.
Mouse Party to raczej coś w temacie Sylwestra*. W sumie dużo do roboty tu nie mamy, możemy natomiast dowiedzieć się, w jaki sposób alkohol/narkotyki wpływają na pracę mózgu. Coś w sam raz dla neurobiologów-wzrokowców.
I na koniec coś dla pracoholików, którzy nawet świąt (jakichkolwiek) nie mogą przeżyć bez wnoszenia wkładu w naukę - Foldit. Twórcami była grupa naukowców zajmujących się fałdowaniem białek, którzy doszli do wniosku, że zamiast samemu myśleć nad wszelkimi możliwymi sposobami zwinięcia się, warto nadać temu atrakcyjną wizualnie formę, dodać licznik punktów (im wyższa punktacja, tym mniej ułożone przez nas białko łamie prawa fizyki), wrzucić do internetu i czekać, aż ktoś zrobi to za nich. Na początek mamy 32 poziomy tutoriala, choć już po 21 możemy przejść do badania prawdziwych białek, choć o znanej już sekwencji.
Wyższa szkoła jazdy zaczyna się, gdy użytkownik dostaje "do zrobienia" białka o nieznanej jeszcze strukturze - są one dostępne przez jakiś czas, a potem najlepiej punktowana propozycja jest sprawdzana krystalograficznie. Co ciekawe, jedne z lepszych wyników uzyskują nastolatki - niektóre zostały nawet współautorami prac naukowych Zresztą, prawo Murphy'ego głosi: "cokolwiek robisz, gdzieś na świecie jest dwunastoletni Azjata, który robi to lepiej od ciebie"...
(młody zaczął grać na gitarze mniej więcej w tym roku co ja)
* Odradzam jednak świętowanie go w podobny sposób.
Propozycja pierwsza: Pandemic 2 Co prawda Majowie lekko się machnęli co do końca świata, ale jeśli chcemy, możemy sobie go sami zmajstrować. Grę stworzyli prawdopodobnie sfrustrowani mikrobiolodzy, grając można się dowiedzieć między innymi, że rządy państw potrafią zamknąć lotniska i porty na wieść o wirusie, który nie daje żadnych objawów i którego nosicielami jest raptem tysiąc osób w Rosji (gdyby tak było naprawdę, wirus EBV sparaliżowałby cały świat...), a najbezpieczniejszym w przypadku epidemii państwem jest Madagaskar (grając kilka razy można naprawdę znienawidzić tę wyspę...). Pomimo tych dziwactw, grę da się
Mouse Party to raczej coś w temacie Sylwestra*. W sumie dużo do roboty tu nie mamy, możemy natomiast dowiedzieć się, w jaki sposób alkohol/narkotyki wpływają na pracę mózgu. Coś w sam raz dla neurobiologów-wzrokowców.
I na koniec coś dla pracoholików, którzy nawet świąt (jakichkolwiek) nie mogą przeżyć bez wnoszenia wkładu w naukę - Foldit. Twórcami była grupa naukowców zajmujących się fałdowaniem białek, którzy doszli do wniosku, że zamiast samemu myśleć nad wszelkimi możliwymi sposobami zwinięcia się, warto nadać temu atrakcyjną wizualnie formę, dodać licznik punktów (im wyższa punktacja, tym mniej ułożone przez nas białko łamie prawa fizyki), wrzucić do internetu i czekać, aż ktoś zrobi to za nich. Na początek mamy 32 poziomy tutoriala, choć już po 21 możemy przejść do badania prawdziwych białek, choć o znanej już sekwencji.
Wyższa szkoła jazdy zaczyna się, gdy użytkownik dostaje "do zrobienia" białka o nieznanej jeszcze strukturze - są one dostępne przez jakiś czas, a potem najlepiej punktowana propozycja jest sprawdzana krystalograficznie. Co ciekawe, jedne z lepszych wyników uzyskują nastolatki - niektóre zostały nawet współautorami prac naukowych Zresztą, prawo Murphy'ego głosi: "cokolwiek robisz, gdzieś na świecie jest dwunastoletni Azjata, który robi to lepiej od ciebie"...
* Odradzam jednak świętowanie go w podobny sposób.
sobota, 15 grudnia 2012
Kup mi tipsy, zrobię ci pracę
Podczas cowieczornego sprawdzania, czy pod moją nieobecność internet się nie zawalił, trafiłem na fejsie na następujący wpis:
Admin fanpejdża, sądząc po planach zmiany nazwy na "gardzę korwinistami i Palikotem", liczył zapewne na wywołanie u czytelników oburzenia w stylu "obcy kapitał przejmie naszą naukę", względnie potraktowanie tego jako lolcontentu (na co dzień jest łatwiej, z Korwinem mam kontakt głównie przez felietony w Angorze, lolcontent sam w sobie). Jednak kilka osób skomentowało całą sprawę dość ciekawie:
Może akurat nie tyle Słowacki, co choćby takie doniosłe badania
Ja też jeszcze nie wiem, w sumie jestem na etapie wyrabiania sobie opinii. Przyznam, głosowałem na RP, obecnie jestem nieco rozczarowany, przede wszystkim poparciem reformy emerytalnej i histerycznym podejściem do GMO.
Ot właśnie. Amerykanie to wprawdzie dość dziwny naród, najpierw do siebie strzelają, a potem twierdzą, że jakby dostęp do broni był jeszcze szerszy, to mniej by do siebie strzelali (w sumie to też wpływ biznesu, tym razem producentów broni), ale faktem jest, że pod względem liczby nagród Nobla wyprzedzają inne kraje o kilka długości. Choć moim zdaniem, przyszłość będzie tu należeć do Chin - mają większy potencjał, rząd mocno wspiera naukowców i, choć to może argument z ciemnej strony nauki, mają dość swobodne podejście do kwestii bioetycznych*
My mamy w sumie szczęście, dotuje nas Unia, ale sprzęt widzieliśmy już różny, różne też słyszeliśmy historie (o myciu tipsów do pipet chociażby, a izolacji DNA za pomocą szamponu do włosów poświęciłem kiedyś notkę)
I to chyba najlepsze podsumowanie: na pewno system finansowania nauki przez biznes nie będzie działał dobrze przy naukach humanistycznych, czy takich, które nie przynoszą natychmiastowych zysków (wystarczy wspomnieć, ile czasu zajmuje wprowadzenie leku na rynek - choć zyski z przemysłu farmaceutycznego są niemałe**). Tak samo, jak nie działa dobrze żadna ustawa traktująca wszystkie przypadki identycznie, o czym co rusz możemy się dowiedzieć z wiadomości. Liczę też, że przed wprowadzeniem (choć pomysły RP na ogół znikają gdzieś w Sejmie) tej, lub podobnej ustawy, zostanie ona skonsultowana z naukowcami - nie tylko tymi od oceny teologiczno-moralnej statusu ludzkiego embrionu w kontekście praktyki in vitro czy ekspertami od lotnictwa.
* Przykład zasłyszany w instytucie Nenckiego: w Chinach badano pacjentów z epilepsją, pobierając im przy okazji jakiegoś zabiegu (który i tak musieli mieć) wycinki mózgu. Niby wszystko w porządku, badanie miało jednak grupę kontrolną: jakimś cudem znaleźli 16 całkiem zdrowych ludzi, którzy dali sobie pobrać wycinek mózgu. Podejrzane.
** Choć raczej nie takie, jak chcieliby zwolennicy teorii spiskowych, twierdzący, że koncerny farmaceutyczne to masoni i reptilianie, którzy wpływają na rządy by truć obywateli, a następnie sprzedawać im leki, a w ogóle to powinniśmy się cofnąć do czasów prehistorycznych, gdzie wszyscy byli zdrowi, nikt nie miał raka i wszyscy żyli po 30 lat.
Admin fanpejdża, sądząc po planach zmiany nazwy na "gardzę korwinistami i Palikotem", liczył zapewne na wywołanie u czytelników oburzenia w stylu "obcy kapitał przejmie naszą naukę", względnie potraktowanie tego jako lolcontentu (na co dzień jest łatwiej, z Korwinem mam kontakt głównie przez felietony w Angorze, lolcontent sam w sobie). Jednak kilka osób skomentowało całą sprawę dość ciekawie:
Chyba czegoś nie czaję... bo dla mnie pomysł jest genialny!
Wreszcie skończyłyby się badania typu "wpływ wierszy Słowackiego na postrzeganie życia muchy owocówki" a kasa szłaby na przydatne projekty!!!
Może akurat nie tyle Słowacki, co choćby takie doniosłe badania
Przyznaję, że też nie wiem w czym obecny system jest lepszy od tego "palikotowego"
Ja też jeszcze nie wiem, w sumie jestem na etapie wyrabiania sobie opinii. Przyznam, głosowałem na RP, obecnie jestem nieco rozczarowany, przede wszystkim poparciem reformy emerytalnej i histerycznym podejściem do GMO.
A to nie jest pomysł podobny do tego co się dzieje w USA? Jak szczerze nie cierpię tego kraju, tak trzeba przyznać, że pod względem technologicznym wyprzedza inne kraje świata. Z tego co kojarzę [a mogę się mylić] często naukowcy współpracują z wojskiem, który po kilku latach wypuszcza ich pomysły na rynek komercyjny. Pomysły się nie marnują, naukowcy mają pole do popisu, ludzie na tym też korzystają.
Ot właśnie. Amerykanie to wprawdzie dość dziwny naród, najpierw do siebie strzelają, a potem twierdzą, że jakby dostęp do broni był jeszcze szerszy, to mniej by do siebie strzelali (w sumie to też wpływ biznesu, tym razem producentów broni), ale faktem jest, że pod względem liczby nagród Nobla wyprzedzają inne kraje o kilka długości. Choć moim zdaniem, przyszłość będzie tu należeć do Chin - mają większy potencjał, rząd mocno wspiera naukowców i, choć to może argument z ciemnej strony nauki, mają dość swobodne podejście do kwestii bioetycznych*
Ja chyba czegoś nie czaję, bo na Zachodzie tak jest od wielu lat i to się całkiem nieźle sprawdza. Prowadzi to na pewno do jednego: naukowcy prowadzą badania, bo mają świadomość, że jeśli im się uda, będą mieli zapewniony byt na kilka kolejnych lat. Oprócz tego, kiedy pomysł uda się dobrze "sprzedać", to te podmioty komercyjne inwestują sporą kasę w sprzęt, który zostaje potem do użytku np. studentów. A jak jest u nas? Naukowcy klepią masakryczną biedę, zarabiając 1,5 zł na rękę i pracując na sprzęcie w większości pamiętającym PRL. Nie pomnę już studentów, którzy często pracują na laborkach na prehistorycznym sprzęcie, a probówki i klamerki kupują za swoją kasę (true story).
My mamy w sumie szczęście, dotuje nas Unia, ale sprzęt widzieliśmy już różny, różne też słyszeliśmy historie (o myciu tipsów do pipet chociażby, a izolacji DNA za pomocą szamponu do włosów poświęciłem kiedyś notkę)
pomysł nie jest zły, jeśli nie zostanie potraktowany jako uniwersalna zasada. A niestety w tym kraju szuka się ciągle uniwersalnych rozwiązań
I to chyba najlepsze podsumowanie: na pewno system finansowania nauki przez biznes nie będzie działał dobrze przy naukach humanistycznych, czy takich, które nie przynoszą natychmiastowych zysków (wystarczy wspomnieć, ile czasu zajmuje wprowadzenie leku na rynek - choć zyski z przemysłu farmaceutycznego są niemałe**). Tak samo, jak nie działa dobrze żadna ustawa traktująca wszystkie przypadki identycznie, o czym co rusz możemy się dowiedzieć z wiadomości. Liczę też, że przed wprowadzeniem (choć pomysły RP na ogół znikają gdzieś w Sejmie) tej, lub podobnej ustawy, zostanie ona skonsultowana z naukowcami - nie tylko tymi od oceny teologiczno-moralnej statusu ludzkiego embrionu w kontekście praktyki in vitro czy ekspertami od lotnictwa.
* Przykład zasłyszany w instytucie Nenckiego: w Chinach badano pacjentów z epilepsją, pobierając im przy okazji jakiegoś zabiegu (który i tak musieli mieć) wycinki mózgu. Niby wszystko w porządku, badanie miało jednak grupę kontrolną: jakimś cudem znaleźli 16 całkiem zdrowych ludzi, którzy dali sobie pobrać wycinek mózgu. Podejrzane.
** Choć raczej nie takie, jak chcieliby zwolennicy teorii spiskowych, twierdzący, że koncerny farmaceutyczne to masoni i reptilianie, którzy wpływają na rządy by truć obywateli, a następnie sprzedawać im leki, a w ogóle to powinniśmy się cofnąć do czasów prehistorycznych, gdzie wszyscy byli zdrowi, nikt nie miał raka i wszyscy żyli po 30 lat.
sobota, 1 grudnia 2012
Przeciwnicy GMO i in vitro - studium przypadku
Na początek jeden artykuł i drugi. Dostrzegacie pewne podobieństwa? Nie twierdzę oczywiście, że Grzegorz Braunek ani tym bardziej Doda to jacyś tytani intelektu, ani archetyp przeciwnika GMO/in vitro, jednak oba przypadki mają pewną wspólną cechę: wypowiadają się w nich osoby, które na dany temat nie mają zielonego pojęcia.
Taka już ludzka natura, że do przeciętnego zjadacza chleba łatwiej docierają nacechowane emocjonalnie argumenty (choćby wyssane z palca lub wzięte z innych części ciała), niż wyważone argumenty ludzi którzy znają się na rzeczy - po części jest to wina naukowców, którzy nie zawsze potrafią wypowiedzieć się w sposób zrozumiały dla ogółu (niejeden raz próbowałem wytłumaczyć rodzinie, czym dokładnie się zajmuję, jednak kiepsko mi to idzie). Ludobójstwo - to idealne słowo dla narodu karmionego od dziecka katyńsko-smoleńsko-zaborczą martyrologią. Naukowcy to dla przeciętnego człowieka dziwni ludzie, którzy niczego innego nie pragną jak podporządkować sobie ludzkość (zresztą: we wszystkich komiksowych opowieściach, które za sprawą postępującej amerykanizacji kultury przenikają i do nas, "ten zły" ma tytuł przynajmniej doktora, podczas gdy superbohater jest co najwyżej studentem), albo wywołać koniec świata, czy to przy użyciu własnoręcznie wyhodowanych bakterii, czarnej dziury/antymaterii w CERN czy choćby tego nieszczęsnego GMO, i w związku z tym nie należy im ufać.
Taki naukowiec na ogół pracuje dla wielkich korporacji, Żydów, masonów, cyklistów, ateistów czy satanistów jeżdżących Czarną Wołgą i mrożących zarodki na lekarstwa dla bogatych Niemców - i nie jest to żart, wystarczy poczytać niektóre komentarze na blogu Wojciecha Zalewskiego, których autorzy bardzo lubią posługiwać się argumentum ad monsantum* (przy okazji: ja sam z żadną korporacją związany nie jestem, a jeśli ktoś mnie o to spyta, to ja z kolei spytam, czy nie pracują dla pewnej organizacji mającej 237 mln dolarów rocznego budżetu i biura w 42 krajach. Zresztą, w obecnych czasach oskarżanie kogokolwiek o sprzedanie się zawsze będzie hipokryzją - chyba, że oskarżający wykaże, że nie używa pieniędzy, a całą żywność i wszystko co mu do życia potrzebne wytwarza sam**).
Nawet wyglądające na naukowe argumenty przeciw GMO/in vitro nie zawsze mają sens. Choćby dwa argumenty dotyczące GMO:
a) Nasion GMO nie można ponownie wykorzystać do zasiewu, więc rolnicy co roku muszą kupić nowe nasiona,
b) Jeśli rośliny GMO będą gdzieś rosły, to ich nasiona rozsieją się na całą okolicę i wyprą normalne rośliny.
Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale jak dla mnie te argumenty przeczą sobie.
Przeciw in vitro również jest sporo argumentów, mniej (krzyki zarodków, słyszane przez pewnego ministra czy mój ulubieniec, abp Dzięga) lub bardziej (powikłania, mniejsza masa urodzeniowa; swoją drogą wciąż mam nadzieję, że współautorka bloga podzieli się swoją teorią na temat in vitro - jej uroda polega na tym, że jest przeciwko finansowaniu in vitro, a jednocześnie argumenty są bardziej niezgodne ze stanowiskiem Kościoła niż bycie za finansowaniem***). Tak jeszcze wracając do celebrytów, kreujących się na autorytety: bycie za in vitro jest cool, jazzy i trendy, złe mohery itp, a jak dostajemy GMO to rzucamy argumentami na poziomie moherowych beretów (vide Doda) i to też jest cool, jazzy i trendy (Kościół nic przeciw GMO nie mówił, więc nie pozgrywamy światłych Europejczyków będąc za).
A zamiast podsumowania artykuł wprawdzie trochę stary, ale w tej materii nic się zapewne nie zmienia. Gadanie sobie, argumenty za i przeciw sobie, a rolnik sobie. Tak samo jest z in vitro, legalizacją marihuany, związków jednopłciowych czy dowolną kwestią światopoglądową. Nie tyle uchwały wpływają na to, co zrobią ludzie, a oddolne zmiany w mentalności będą podstawą zmian prawa. Szkoda, ze niewielu polityków to rozumie, wybierając w zamian wyjście "jak czegoś zabronimy, to nie będzie problemu".
*Quidquid latine dictum sit, altum videtur.
** Autor w młodości mało nie został anarchistą, ale doszedł do wniosku, że przegięcie w lewo jest równie kiepskim pomysłem, jak przegięcie w prawo. Za to do dzisiaj słucha czasem Włochatego.
*** Tak, to możliwe
Taka już ludzka natura, że do przeciętnego zjadacza chleba łatwiej docierają nacechowane emocjonalnie argumenty (choćby wyssane z palca lub wzięte z innych części ciała), niż wyważone argumenty ludzi którzy znają się na rzeczy - po części jest to wina naukowców, którzy nie zawsze potrafią wypowiedzieć się w sposób zrozumiały dla ogółu (niejeden raz próbowałem wytłumaczyć rodzinie, czym dokładnie się zajmuję, jednak kiepsko mi to idzie). Ludobójstwo - to idealne słowo dla narodu karmionego od dziecka katyńsko-smoleńsko-zaborczą martyrologią. Naukowcy to dla przeciętnego człowieka dziwni ludzie, którzy niczego innego nie pragną jak podporządkować sobie ludzkość (zresztą: we wszystkich komiksowych opowieściach, które za sprawą postępującej amerykanizacji kultury przenikają i do nas, "ten zły" ma tytuł przynajmniej doktora, podczas gdy superbohater jest co najwyżej studentem), albo wywołać koniec świata, czy to przy użyciu własnoręcznie wyhodowanych bakterii, czarnej dziury/antymaterii w CERN czy choćby tego nieszczęsnego GMO, i w związku z tym nie należy im ufać.
Taki naukowiec na ogół pracuje dla wielkich korporacji, Żydów, masonów, cyklistów, ateistów czy satanistów jeżdżących Czarną Wołgą i mrożących zarodki na lekarstwa dla bogatych Niemców - i nie jest to żart, wystarczy poczytać niektóre komentarze na blogu Wojciecha Zalewskiego, których autorzy bardzo lubią posługiwać się argumentum ad monsantum* (przy okazji: ja sam z żadną korporacją związany nie jestem, a jeśli ktoś mnie o to spyta, to ja z kolei spytam, czy nie pracują dla pewnej organizacji mającej 237 mln dolarów rocznego budżetu i biura w 42 krajach. Zresztą, w obecnych czasach oskarżanie kogokolwiek o sprzedanie się zawsze będzie hipokryzją - chyba, że oskarżający wykaże, że nie używa pieniędzy, a całą żywność i wszystko co mu do życia potrzebne wytwarza sam**).
Nawet wyglądające na naukowe argumenty przeciw GMO/in vitro nie zawsze mają sens. Choćby dwa argumenty dotyczące GMO:
a) Nasion GMO nie można ponownie wykorzystać do zasiewu, więc rolnicy co roku muszą kupić nowe nasiona,
b) Jeśli rośliny GMO będą gdzieś rosły, to ich nasiona rozsieją się na całą okolicę i wyprą normalne rośliny.
Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale jak dla mnie te argumenty przeczą sobie.
Przeciw in vitro również jest sporo argumentów, mniej (krzyki zarodków, słyszane przez pewnego ministra czy mój ulubieniec, abp Dzięga) lub bardziej (powikłania, mniejsza masa urodzeniowa; swoją drogą wciąż mam nadzieję, że współautorka bloga podzieli się swoją teorią na temat in vitro - jej uroda polega na tym, że jest przeciwko finansowaniu in vitro, a jednocześnie argumenty są bardziej niezgodne ze stanowiskiem Kościoła niż bycie za finansowaniem***). Tak jeszcze wracając do celebrytów, kreujących się na autorytety: bycie za in vitro jest cool, jazzy i trendy, złe mohery itp, a jak dostajemy GMO to rzucamy argumentami na poziomie moherowych beretów (vide Doda) i to też jest cool, jazzy i trendy (Kościół nic przeciw GMO nie mówił, więc nie pozgrywamy światłych Europejczyków będąc za).
A zamiast podsumowania artykuł wprawdzie trochę stary, ale w tej materii nic się zapewne nie zmienia. Gadanie sobie, argumenty za i przeciw sobie, a rolnik sobie. Tak samo jest z in vitro, legalizacją marihuany, związków jednopłciowych czy dowolną kwestią światopoglądową. Nie tyle uchwały wpływają na to, co zrobią ludzie, a oddolne zmiany w mentalności będą podstawą zmian prawa. Szkoda, ze niewielu polityków to rozumie, wybierając w zamian wyjście "jak czegoś zabronimy, to nie będzie problemu".
*Quidquid latine dictum sit, altum videtur.
** Autor w młodości mało nie został anarchistą, ale doszedł do wniosku, że przegięcie w lewo jest równie kiepskim pomysłem, jak przegięcie w prawo. Za to do dzisiaj słucha czasem Włochatego.
*** Tak, to możliwe
środa, 28 listopada 2012
Good times, bad times
Najpierw bad news: jesteśmy chwilowo bezrobotni, ponieważ skończyliśmy PCR-y, a jeśli chodzi o dostawy krwi pępowinowej, nasz zakład ni stąd ni zowąd znalazł się na końcu przewodu pokarmowego* za bankami publicznymi. Na szczęście spotykają nas też dobre rzeczy: pani doktor, zajmująca się w naszym szpitalu hodowlami komórkowymi zaprosiła nas (po starej znajomości, czyt. chodziliśmy na wykłady i dobrze ją wspominamy) do pracy przy komórkach skóry. W poniedziałek się wybieramy, potem zdamy relację ;)
PS: Oprócz zajęć laboratoryjno-kołowo-magisterskich mamy też normalne zajęcia - na jedne z nich przygotowujemy prezentację o blotach (których jest, okazuje się, co najmniej siedem, a nie cztery). Zamierzamy ją zrobić bardzo "po naszemu", a że wszyscy w takich sytuacjach jesteśmy dziećmi spontanicznymi (a propos: na ostatnich zajęciach z psychologii na moim drugim kierunku** prowadzący, opisując nam schematy transakcji, stwierdził, że "jeśli z kimś rozmawiamy, to po drugiej stronie też jest bałwan"), będzie wesoło. Zresztą, oto mały trailer:
A tak na zakończenie: zgłosiłem się na królika doświadczalnego na zajęcia z mikrobiologii (dzisiaj będę szukał u siebie EBV). Przy pobieraniu krwi okazało się, że mam znikające żyły (ale, jak to mówią, do trzech razy sztuka...).
* Czyli nawet nie będąc orłem z anatomii nietrudno się domyślić, gdzie.
** Filologia angielska. W porównaniu z biotechnologią, zupełnie insza inszość.
PS: Oprócz zajęć laboratoryjno-kołowo-magisterskich mamy też normalne zajęcia - na jedne z nich przygotowujemy prezentację o blotach (których jest, okazuje się, co najmniej siedem, a nie cztery). Zamierzamy ją zrobić bardzo "po naszemu", a że wszyscy w takich sytuacjach jesteśmy dziećmi spontanicznymi (a propos: na ostatnich zajęciach z psychologii na moim drugim kierunku** prowadzący, opisując nam schematy transakcji, stwierdził, że "jeśli z kimś rozmawiamy, to po drugiej stronie też jest bałwan"), będzie wesoło. Zresztą, oto mały trailer:
A tak na zakończenie: zgłosiłem się na królika doświadczalnego na zajęcia z mikrobiologii (dzisiaj będę szukał u siebie EBV). Przy pobieraniu krwi okazało się, że mam znikające żyły (ale, jak to mówią, do trzech razy sztuka...).
* Czyli nawet nie będąc orłem z anatomii nietrudno się domyślić, gdzie.
** Filologia angielska. W porównaniu z biotechnologią, zupełnie insza inszość.
niedziela, 18 listopada 2012
Rzadko chodzę do kościoła...
...ale jak już pójdę to trafiam na coś, co przypomina mi, czemu na ogół go omijam.
Abp Dzięga jest ostatnio w dobrej formie, co rusz produkuje nowe listy, jeden lepszy od drugiego. "To nie jest sprawa polityczna", pisze, "więc to kazanie nie jest uprawianiem polityki". Narzeka na dyscyplinę partyjną, każącą głosować radnym za dofinansowaniem in vitro, sam jednocześnie wydając wiernym dyspozycje, jak powinni myśleć.
Biskup narzeka również na los zamrożonych zarodków. Nie wiem, czy podobnie jak minister Gowin słyszy ich głos (disturbance in the Force?), ale jak dla mnie to równie sensowne, jak twierdzić, że próbka krwi, pobrana ode mnie 3 lata temu na biobank i prawdopodobnie wciąż leżąca gdzieś w lodówce Zakładu Genetyki i Patomorfologii odczuwa to samo co ja. W końcu i ta krew i zarodek po in vitro (w katolickiej terminologii naukowe "dziecko") to kilka komórek, nie posiadających nawet układu nerwowego.
A co z tak lubianą przez biskupów, skuteczną-na-wszystko naprotechnologią? No cóż, trzy artykuły w PubMedzie i pytanie wyszukiwarki, czy czasem nie chodziło mi o nanotechnologię to niezbyt wiele. No ale cóż, prawdziwa wiara dowodów nie potrzebuje - jak to określił abp Dzięga "prawdy o in vitro możemy dowiedzieć się tylko ze źródeł katolickich". Ileż oszczędności czasu - nie potrzeba całych lat badań, recenzowania pracy, przychodzi biskup, zatwierdza i mamy. A takie piękne różowo-żółte tabelki są dla niedowiarków i ateistów:
Co mi się podoba w liście arcybiskupa najbardziej to ten kawałek:
"Gdyby jednak ktoś z katolików świadomie podpisał się lub głosował za dopuszczalnością in vitro, także przez pokrętną formułę jego dofinansowania wbrew obowiązującym w Polsce zasadom prawa, niech pamięta, że występuje przeciwko godności osoby ludzkiej i przeciwko prawu Bożemu. Sam się wtedy odłącza od pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, póki następnie sprawy nie przemyśli, nie przemodli i nie zmieni publicznie swojego stanowiska. Do tego czasu niech pamięta, by nie prosił też Kościoła o dar komunii świętej"
Dziękuję, księżę arcybiskupie, oszczędza mi ksiądz trudu szukania dwóch świadków i opowieści proboszcza o tym, co mi dobry Bóg zrobi za apostazję (choć z tego co słyszałem, ekskomunika nie wypisze mnie niestety ze statystyk). Swoją drogą, ostatnie liczenie wiernych w mojej parafii ujawniło, że na około 10 tysięcy dusz na mszę uczęszcza jakieś 2500 z małym hakiem, w większości emerytów lub gimnazjalistów przygotowujących się do bierzmowania. Ilu z nich popiera in vitro? Statystycznie jest to 73%, wynik zastanawiający, zwłaszcza, że Kościół twierdzi, że 95% Polaków to katolicy. Oj, nie słucha się księdza arcybiskupa...
Podsumowując, choćbym miał szukać po całym Szczecinie, znajdę zbierających podpisy za refundacją in vitro i z radością złożę swój podpis. Trzymam też kciuki za radnych, by zagłosowali zgodnie z wolą większości, a nie tych, którzy krzyczą najgłośniej.
Abp Dzięga jest ostatnio w dobrej formie, co rusz produkuje nowe listy, jeden lepszy od drugiego. "To nie jest sprawa polityczna", pisze, "więc to kazanie nie jest uprawianiem polityki". Narzeka na dyscyplinę partyjną, każącą głosować radnym za dofinansowaniem in vitro, sam jednocześnie wydając wiernym dyspozycje, jak powinni myśleć.
Biskup narzeka również na los zamrożonych zarodków. Nie wiem, czy podobnie jak minister Gowin słyszy ich głos (disturbance in the Force?), ale jak dla mnie to równie sensowne, jak twierdzić, że próbka krwi, pobrana ode mnie 3 lata temu na biobank i prawdopodobnie wciąż leżąca gdzieś w lodówce Zakładu Genetyki i Patomorfologii odczuwa to samo co ja. W końcu i ta krew i zarodek po in vitro (w katolickiej terminologii naukowe "dziecko") to kilka komórek, nie posiadających nawet układu nerwowego.
A co z tak lubianą przez biskupów, skuteczną-na-wszystko naprotechnologią? No cóż, trzy artykuły w PubMedzie i pytanie wyszukiwarki, czy czasem nie chodziło mi o nanotechnologię to niezbyt wiele. No ale cóż, prawdziwa wiara dowodów nie potrzebuje - jak to określił abp Dzięga "prawdy o in vitro możemy dowiedzieć się tylko ze źródeł katolickich". Ileż oszczędności czasu - nie potrzeba całych lat badań, recenzowania pracy, przychodzi biskup, zatwierdza i mamy. A takie piękne różowo-żółte tabelki są dla niedowiarków i ateistów:
Co mi się podoba w liście arcybiskupa najbardziej to ten kawałek:
"Gdyby jednak ktoś z katolików świadomie podpisał się lub głosował za dopuszczalnością in vitro, także przez pokrętną formułę jego dofinansowania wbrew obowiązującym w Polsce zasadom prawa, niech pamięta, że występuje przeciwko godności osoby ludzkiej i przeciwko prawu Bożemu. Sam się wtedy odłącza od pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, póki następnie sprawy nie przemyśli, nie przemodli i nie zmieni publicznie swojego stanowiska. Do tego czasu niech pamięta, by nie prosił też Kościoła o dar komunii świętej"
Dziękuję, księżę arcybiskupie, oszczędza mi ksiądz trudu szukania dwóch świadków i opowieści proboszcza o tym, co mi dobry Bóg zrobi za apostazję (choć z tego co słyszałem, ekskomunika nie wypisze mnie niestety ze statystyk). Swoją drogą, ostatnie liczenie wiernych w mojej parafii ujawniło, że na około 10 tysięcy dusz na mszę uczęszcza jakieś 2500 z małym hakiem, w większości emerytów lub gimnazjalistów przygotowujących się do bierzmowania. Ilu z nich popiera in vitro? Statystycznie jest to 73%, wynik zastanawiający, zwłaszcza, że Kościół twierdzi, że 95% Polaków to katolicy. Oj, nie słucha się księdza arcybiskupa...
Podsumowując, choćbym miał szukać po całym Szczecinie, znajdę zbierających podpisy za refundacją in vitro i z radością złożę swój podpis. Trzymam też kciuki za radnych, by zagłosowali zgodnie z wolą większości, a nie tych, którzy krzyczą najgłośniej.
poniedziałek, 12 listopada 2012
O dobrym narybku słów kilka...
Swego czasu pisałam, że zostaliśmy do Profesora na dywan zaciągnięci - jak na targu niewolników - oglądnięci, przepytani i przyjęci na tak zwany "okres próbny".
Nasz okres próbny ciągnie się już nieco dłużej, ale teraz dopiero dostaliśmy szansę wykazać się swoimi umiejętnościami, pomysłami i innymi supermocami.
Ratowaliśmy przez te trzy tygodnie lab przed zagładą, wybawialiśmy pracowników z opresji, wyciągaliśmy wirówki z depresji, w międzyczasie i pipetowanie jakieś się znalazło i oto przyszedł czas chwały!
Po raz kolejny zostaliśmy zaproszeni na wizytę u naszego Protektora.
Szliśmy tam dosyć pewni siebie, wiedząc, że to laboratorium, tak naprawdę to tylko dzięki nam się trzyma, choć gdzieś tam w głębi nie wiadomo było jak naprawdę będzie.
I STAŁO SIĘ!
Nasz LabPapa chcąc utrzymać swój srogi wizerunek pochwalił nas kilkoma słowy, choć gdzieś tam pod maską widać było to zadowolenie z wyboru bardzo obiecującego narybku. Oczywiście pouczenie od obowiązku dalszej pracy, nic-sobie-nie-wyobrażajcie-iźmie i innych tego typu sprawach zostało nam powtórzone po czym z gabinetu nas wypuszczono.
Dalej pracujemy nad projektem na STN - jednocześnie snując plany na przyszłość...
Ale o tym następnym razem. :)
A.
Nasz okres próbny ciągnie się już nieco dłużej, ale teraz dopiero dostaliśmy szansę wykazać się swoimi umiejętnościami, pomysłami i innymi supermocami.
Ratowaliśmy przez te trzy tygodnie lab przed zagładą, wybawialiśmy pracowników z opresji, wyciągaliśmy wirówki z depresji, w międzyczasie i pipetowanie jakieś się znalazło i oto przyszedł czas chwały!
Po raz kolejny zostaliśmy zaproszeni na wizytę u naszego Protektora.
Szliśmy tam dosyć pewni siebie, wiedząc, że to laboratorium, tak naprawdę to tylko dzięki nam się trzyma, choć gdzieś tam w głębi nie wiadomo było jak naprawdę będzie.
I STAŁO SIĘ!
Nasz LabPapa chcąc utrzymać swój srogi wizerunek pochwalił nas kilkoma słowy, choć gdzieś tam pod maską widać było to zadowolenie z wyboru bardzo obiecującego narybku. Oczywiście pouczenie od obowiązku dalszej pracy, nic-sobie-nie-wyobrażajcie-iźmie i innych tego typu sprawach zostało nam powtórzone po czym z gabinetu nas wypuszczono.
Dalej pracujemy nad projektem na STN - jednocześnie snując plany na przyszłość...
Ale o tym następnym razem. :)
A.
Narybek molinezji :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
